sobota, 31 stycznia 2015

Większe recenzje - ZWIADOWCY cz.4 BITWA O SKANDIĘ - John Flanagan

John Flanagan
ZWIADOWCY Księga 4 BITWA O SKANDIĘ
wydawca: Jaguar
ocena: 5/6

Jak przystało na wesołego nastolatka w wieku niemal trzykrotnie większym z radością relaksuję się po „cięższej” tematycznie literaturze cyklem „Zwiadowcy” i trudno mi w tej chwili znaleźć inny, dostarczający równie relaksującej, ale przy tym i nie całkiem ogłupiającej rozrywki. Proste, ale uniwersalne historie opakowane w fantastyczną otoczkę nieco alternatywnego świata średniowiecza naprawdę dobrze się czyta. Tak było w przypadku trzech poprzednich tomów, tak jest i tym razem, gdy bohaterowie muszą zmierzyć się z hordą Dżingis Hana. Znaczy, z armią Temudżeinów.

Trzeci tom trzymał czytelników w niepewności, dlatego tym razem John Flanagan postanowił oszczędzić cierpień młodszych fanów i w miarę szybko pozwolił spotkać się zbiegłym z niewoli u wojowników Północy bohaterom z poszukującymi ich Holtem i Horacym. Żeby nie było jednak zbyt łatwo, Evanlyn wcześniej wpadła w ręce Temudżeińskich zwiadowców, którzy szykują się do najazdu na Skandię. Gigantyczna armia kroczy przez kontynent, a ich celem jest królestwo Araluenu. Skandianie ze swoją brawurą okazują się bezradni wobec taktycznie walczących potężnych sił najeźdźców ze Wschodu. Na szczęście Holt jest zna metody walki wroga i zdaje się mieć sposób na powstrzymanie przeciwnika. W tym jednak celu bohaterowie muszą połączyć siły z północnymi wojownikami, których przywódca zaprzysiągł im krwawą zemstę.

Kolejny tom cyklu o niezwykłych zwiadowcach prezentuje znów zgoła odmienne oblicze. Już w poprzedniku elementy fantastyczne ustąpiły miejsca realnym zdarzeniom i konfliktom, tutaj Flanagan idzie jeszcze dalej. Próżno szukać magii czy niezwykłych stworów. Najważniejsze jest tutaj męstwo i odwaga, a dominującą rolę odgrywa taktyka wojenna. Zgodnie z tytułem, mamy tu do czynienia z największą w cyklu bitwą, która może imponować rozmachem opisów scen batalistycznych. Oczywiście, wciąż mówimy o konwencji młodzieżowej i fanatyczni historycy mieliby tutaj pole do popisu na utyskiwanie w nieprawdopodobne rozwiązania strategiczne. Kto by się tym jednak przejmował. Wszyscy wiemy jaki musi być wynik starcia, co jednak nie przeszkadza w trzymaniu kciuków za bohaterów, którym przyszło po raz kolejny dokonywać czynów nad wyraz walecznych i narażać się wielokrotnie na śmierć w glorii i chwale. Problemem są nie tylko hordy najeźdźców, ale również, jak to zwykle bywa, zdrajcy, którzy knują przeciw obecnemu porządkowi. I choć pewne rozwiązania można uznać za nieco naiwne (jeśli się zapomni do kogo jest kierowana ta książka) nie sposób odmówić jej uroku. Flanagan dba o to, by każdy bohater odegrał szczególną rolę, nie zapomina o długotrwałych przygotowaniach i szkoleniu, wreszcie osłabiającej Temudżeinów wojnie podjazdowej. Tradycyjnie więc, kolejny tom „Zwiadowców” skrzy się od akcji, bohaterskich czynów z gigantyczną bitwą na deser. Finał zaś z jednej strony uraduje wszystkich tych, którzy denerwowali się w poprzednich częściach, z drugiej pozostawi niedopowiedzenia dla kolejnej części. Już się nie mogę doczekać.

Większe recenzje - ZWIADOWCY cz. 3 ZIEMIA SKUTA LODEM - John Flanagan

John Flanagan
ZWIADOWCY księga 3 ZIEMIA SKUTA LODEM
wydawnictwo: Jaguar
stron: 332
ocena: 5/6

Lubię takie książki i takie światy, w których wszystko rozrasta się stopniowo. Przestrzeń oswojona rozszerza się i tak jak w pierwszym tomie cyklu „Zwiadowcy” poznaliśmy stolicę Araluen i część królestwa, to już w następnym zwiedzaliśmy granice Celtii i spotykaliśmy wojowniczych Skandów. Tom trzeci, „Ziemia skuta lodem” udowadnia nam, że Araluen to była tylko niewielka wysepka na skrawku uniwersum, a nasi bohaterowie będą musieli tym razem przemierzyć setki kilometrów i zmierzyć się z przeciwnikami znacznie gorszymi niż Morgarath. Ludzką nienawiścią i nałogami.

Lubię też cykle, w których bohaterowie nie zawsze zwyciężają, bo nie ma nic nudniejszego, niż świadomość, że choćby nie wiem jak wysoka była górka, to i tak nasz heros pod nią podjedzie. I choć nie sposób spodziewać się jakiś szczególnie dramatycznych zwrotów akcji miażdżących losy bohaterów, to jednak nigdy dotąd zwiadowcy i ich przyjaciele nie mieli tak ciężko. A problemy zaczęły się już w poprzedniej części.

Mimo wspaniałego zwycięstwa nad armią Morgaratha w królestwie nie zapanował spokój i wszyscy zwiadowcy są niezbędni do poszukiwania Foldara, jednego z renegatów okrutnego wodza. Nie jest to na rękę Holtowi, który obiecał Willowi, że odnajdzie go i odbije z rąk skandyjskich wojowników dowodzonych przez jarla Eraka. Gdy król Duncan, świadom, że wraz z młodym zwiadowcą przebywa jego córka, odmawia wysłania starego mistrza na poszukiwania, ten wypowiada posłuszeństwo i zostaje zesłany na banicję. Natychmiast wyrusza na Północ, a towarzyszy mu młody czeladnik rycerski, Horacy, który również pragnie odnaleźć przyjaciół. Ich droga wiedzie przez Gallię, gdzie natkną się na wielu rycerzy-rabusiów, aż wreszcie będą musieli zmierzyć się z okrutnym włodarzem, Deparnieux. Tymczasem Will i Evanlyn zostają sprzedani w niewolę, gdzie młody i pełen wigoru chłopak zostaje złamany w bezlitosny sposób.

Śmiem twierdzić, że z dotychczasowych części to właśnie „Ziemia skuta lodem” okazuje się być najbardziej interesująca i zarazem najmniej młodzieżowa. Do głosu dochodzi teraz duet Holt i Horacy, który w pewnym momencie kradnie wręcz książkę Willowi, bowiem przygody bohaterów podróżujących przez Gallię wprost kipią od humoru, dotąd rzadko obecnego w serii. Gdy jednak dochodzi do spotkania z Deparnieux, klimat staje się znacznie cięższy i chociaż wciąż Flanagan pamięta, że pisze dla młodszych czytelników, nie zamierza przymykać oczu i pokazuje nam jedną z najbardziej bezlitosnych postaci w cyklu. Niemniej radośnie dzieje się u Willa i Evanlyn, bowiem młodzieniec, który podpadł bandzie dominujących niewolników zostaje otumaniony narkotykami i wkrótce wpada w szpony straszliwego nałogu. Finał jak zwykle zwycięża przyjaźń i poświęcenie, tym razem jednak stawka okazuje się bardzo wysoka. I choć Flanangan nawet o rzeczach prawdziwie mrocznych pisze w sposób zawoalowany i delikatny, dobrze się stało, że cykl został doprawiony odrobiną goryczy. Bez obaw jednak. Pamiętajmy, że to książka dla młodzieży i to takiej, gdzie przedział wiekowy zaczyna się w okolicach lat dwunastu. Jak już mówiłem, w świecie „Zwiadowców” zawsze zwycięża przyjaźń, odwaga i poświęcenie. No i honor, który jest cichym bohaterem tego tomu wraz z dwiema nowymi krainami – Gallią (jakżeby inaczej, odpowiednik średniowiecznej Francji) i Skandią (pełniącą rolę zdominowanej przez wikingów archaicznej Skandynawii). Trzeci raz Falangan udowodnił, że jego cykl w pełni zasłużył na zdobyte pochwały.

Większe recenzje - ZWIADOWCY 2 PŁONĄCY MOST - John Falangan

John Flanagan
ZWIADOWCY cz.2 PŁONĄCY MOST
wydawnictwo: Jaguar
stron: 302
ocena: 5/6

Pierwszy tom cyklu Zwiadowcy przykuł moją uwagę do serii i sprawił, że z niecierpliwością wypatrywałem okazji przeczytania kolejnego. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, miałem spore oczekiwania i obawiałem się czy kontynuacja sprosta moim wymaganiom. Na szczęście „Płonący most”, drugi tom cyklu trzyma poziom poprzednika, w kilku momentach wzbijając się nawet wyżej.

Akcja utworu toczy się bezpośrednio po wydarzeniach opisanych w „Ruinach Gorlanu”. Zagrożenie ze strony Morgaratha nasila się i królestwo Araluenu musi szukać sprzymierzeńców mogących pomóc odeprzeć atak potwornej armii szalonego rycerza. W związku z tym król Duncan wysyła zwiadowcę Gilana z poselstwem do Celtii. Towarzyszą mu czeladnicy – Will i Horacy. Gdy docierają na miejsce, odkrywają, że znajdujące się na pograniczu wioski są opuszczone... lub wymarłe. Gdy w czasie dalszej wędrówki spotykają dziewczynę Evanlyn, dowiadują się, że mieszkańcy uciekli przed atakiem wargalów. Gilian podejmuje decyzję o powiadomieniu króla, że na pomoc Celtii nie można już liczyć. Tymczasem Will wraz z towarzyszami odkrywa podstęp Morgaratha i podejmuje ryzykowną decyzję. Postanawia zniszczyć wielki most rozpościerający się nad Rozpadliną w Górach Nocy i Mgieł. Udaremnienie dywersji wojsk Morgaratha ma jednak swoją cenę. Trzeba będzie zostać po stronie zajętej przez wrogą armię.

John Flanagan w pierwszej książce jakby badał grunt pod swoich bohaterów, teraz pozwala już im swobodnie kroczyć przez świat w przededniu wielkiej wojny. Will i Horacy wciąż są młodzieńcami, jednak poprzednie przygody pozostawiły na nich rysy, których nie sposób zatrzeć. Obaj w tym tomie podejmą decyzje ryzykowne i karkołomne. I nawet jeśli będą to decyzje podyktowane młodzieńczą porywczością i górnolotnie pojmowanym honorem i kodeksem, trzeba będzie ponieść ich konsekwencje. Flanagan znów bowiem opowiada o bohaterstwie, uczciwości i odwadze w sposób często zapominany przez obecnych autorów fantastyki. Nie sili się na szokowanie i udoroślanie za wszelką cenę swojej książki. To historia z pozytywnym przekazem, współczesna baśń, gdzie fantasy sięga swoich źródeł jednocześnie w sposób nienachalny wtrącając wątki moralizatorskie. Całość zaś została zamknięta w ramach konkretnej, dynamicznie rozpisanej fabuły, która potrafi utrzymać w napięciu. Siłą lektury są również postacie, nie tylko te pierwszoplanowe, jak Will i Horacy, których po prostu nie sposób nie lubić. Nie da się nie ulec charyzmie Halta, najwaleczniejszego ze zwiadowców, trudno nie podziwiać Gilana, który uczy Willa i Horacego sztuki walki bronią krótką. I tu pojawia się kolejny duży plus książki. Flanagan poświęca dużo uwagi technikom pojedynków, słowami bohaterów przekazując niemałą wiedzę na temat średniowiecznej wojskowości. Nie ukrywam, nie jest to poziom naukowy i próżno tutaj doszukiwać odzwierciedlenia faktycznych realiów, szczególnie gdy pamięta się o specyficznym podziale klasowym będącym wymysłem autora i nie uwzględniającym zależności feudalnych czy majątkowych rozbieżności. Trudno jednak oczekiwać takiej skrupulatności po młodzieżowym fantasy. Należy natomiast oczekiwać wartkiej akcji, wyrazistych bohaterów, zapadających w pamięć walecznych czynów i dobrej rozrywki. To wszystko „Zwiadowcy księga 2: Płonący most” zapewnia bez wątpienia.

piątek, 30 stycznia 2015

Większe recenzje - SOLOMON KANE OKRUTNE PRZYGODY - Robert E. Howard

Robert E. Howard
SOLOMON KANE OKRUTNE PRZYGODY
wydawnictwo Rebis
stron: 408
ocena: 6/6

Dobrze się dzieje na polskim rynku fantastyki, bowiem Rebis kroczy dumnie prezentując kolejnego bohatera Roberta E. Howarda poświęcając mu bogato ilustrowany zbiór zawierający wszystkie teksty o Solomonie Kane, zabójczym purytaninie, który ma w życiu tylko jedną misję. Zwalczać zło pod każdą postacią i szerokością geograficzną. Osadzony w realiach przełomu XVI i XVII wieku, z bandoletem w jednej dłoni i szpadą w drugiej, w nieodłącznym kapeluszu z szerokim rondem staje do walki z przestępcami, piratami, złoczyńcami i… zombie.

Przyznaję, że Roberta E. Howarda poznałem od zupełnie odwrotnej strony, bo od lektury „Tygrysów morza”, zbioru opowiadań, w których głównym bohaterem był Bron Mak Manart, a dopiero później natknąłem się na Conana (który pochłonął mnie całkowicie) i Kulla, ale chociaż słyszałem wcześniej o Solomonie, to nie miałem okazji zapoznać się z żadną jego przygodą. A te są istotnie intrygujące, choćby z tego względu, że była to pierwsza postać stworzona przez Howarda, zanim jeszcze odważył się poświęcić rozbudowanym opowieściom epickiej fantastyki. Solomon nosi w sobie znamiona młodzieńczej opowieści, gdzie najważniejsza jest akcja, a tło, opisy, czy wreszcie psychologizacja postaci nie mają znaczenia. Każda fabuła opiera się na tym samym schemacie. Kane staje przed problemem, który pokonuje w walce. Nie ma tu miejsca na wątpliwość, czy mu się to uda. Jedyne wątpliwości to kiedy? (gdy walczy z ludźmi) i jak? (gdy ściera się z siłami nadprzyrodzonymi). Jednocześnie już ta młodzieńcza werwa czyni z zamieszczonych tu opowiadań historie wyjątkowe, kipiące wprost od akcji i testosteronu, pozbawione zbędnych moralitetów i górnolotnych przesłań.

Już w tych opowiadaniach widać nieposkromioną wyobraźnię, za pomocą której Howard składał hołd swoim ulubionym pisarzom i gatunkom literackim. Dominuje tutaj powieść przygodowa, w związku z postacią związana najczęściej z podgatunkiem płaszcza i szpady (jednakże nacechowana już jakże rozpoznawalnym stylem autora), ale pojawiają się też wątki fantastyczne, czy wręcz typowe dla literatury grozy, a wszystko wymieszane w takich proporcjach, że wprost nie sposób oderwać się od lektury. Oto w otwierającym zbiór „Czaszki wśród gwiazd” poznajemy Solomona, który staje naprzeciw sił nadprzyrodzonych, gdzie duchy wdzierają się do naszego świata by wywrzeć zemstę (ale czy na pewno?) na śmiertelnikach. Podobny motyw powraca w „Grzechocie kości”, czy upiornej i znakomitej „Prawej ręce zatracenia”. Zgoła inne oblicze przygód głównego bohatera napotykamy w „Czerwonych cieniach”, gdzie staje się on niepowstrzymanym nemezis łotra, który skrzywdził dziewczynkę, a Solomon ściga go na kraniec świata jednocześnie eliminując wszelkie napotkane przeciwności. Podobny schemat przedstawia „Błękitny płomień zemsty”, fenomenalna opowieść o walce z piratami. Jednak największe wrażenie zrobiły na mnie opowieści „Księżyc czaszek” będący zapowiedzią tego, co autor zaprezentuje w historiach o Kullu i Conanie, czyli epickie dzieje mitycznych imperiów i przygody z pogranicza horroru: „Wzgórza umarłych” oraz „Skrzydła w nocy” gdzie Solomon styka się kolejno z zombie i demonicznymi potworami terroryzującymi afrykańskie plemię. Trudno przejść obojętnie obok stylu autora, będącego tutaj jeszcze w powijakach, a jednocześnie imponującego rozmachem, umiejętnością kreowania nastroju i rozwojem akcji. Sam Howard mówił o sobie, że mógłby być wielkim pisarzem, ale jest na to zbyt leniwy. Cóż, właśnie te historie udowadniają, jak wiele jest w tych słowach prawdy. Nie dziwię się tym, którzy uznają postać purytanina za najwyższe osiągnięcie autora. Choć nic nie przebije mojej sympatii do Conana, to od dziś Solomon Kane depcze mu po piętach.

Wydanie Rebisu to już klasyk serii – oprócz znakomitych opowiadań znajdziemy tu też wiersze i szkice opowiadań (często ledwo rozpoczęte) a wszystkie ozdobione wybornymi ilustracjami Gary'ego Giani. Mus na półce miłośników dobrej literatury fantasy.

Większe recenzje - KULL BANITA Z ATLANTYDY - Robert E. Howard

Robert E. Howard
KULL BANITA Z ATLANTYDY
wydawnictwo Rebis
stron: 416
ocena: 6/6

Robert E. Howard zapisał się na stałe w historii literatury fantastycznej jako ojciec Conana z Cymerii, niewątpliwie jednego z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów wszech czasów. Jest to ogromny sukces autora, który jednak rzuca cień na inne stworzone przez niego postacie. Na szczęście wydawnictwo Rebis podjęło ostatnio poważne kroki, by odkurzyć zapomnianych bohaterów i po przypomnieniu wszystkich przygód wspomnianego wyżej herosa przyszła kolej na jego protoplastę, króla-wojownika Kulla.

Kull to potężny i wyjątkowo sprawny wojownik, którego rodowód sięga Atlantydy, chociaż w tekście pojawiają się informacje, że i tam był obcy (albo że został stamtąd wygnany). Sprytem i siłą mięśni wywalczył sobie tron króla Valesii, wielkiego imperium zajmującego kontynent thuriański na długo przed epoką hyborejską. Nie wszystkim odpowiada dziki i nieokrzesany władca, dlatego spiski i intrygi mające obalić króla są tutaj na porządku dziennym, a on sam musi zmagać się nie tylko z ludzkimi przeciwnikami, przedstawicielami pradawnych cywilizacji, demonicznymi bestiami, ale również z własnymi skłonnościami do filozofowania i melancholii. Kull bowiem nie jest zwykłym rębajłą, który bezmyślnie eliminuje królestwa i depcze trony. To człowiek nieco naiwny, bardzo zagubiony i stale próbujący zatrzymać uciekający przez palce czas.

Jak widać, mimo postury wojownika, który walczył w setkach bitew i na dziesiątkach aren, Kull nie jest typowym bohaterem literatury fantastycznej. Być może właśnie to było powodem, który zniechęcił wydawców do publikowania jego przygód w magazynie „Weird Tales”, a ostatecznie spowodował, że Robert E. Howard porzucił ową postać i na gruzach tego pomysłu stworzył Conana, który jest równie podobny do Kulla, co od niego różny. Można zauważyć, że ten ostatni jest bliższy samemu autorowi, a jego światopogląd często pokrywa się z tym, co głosił sam Howard, pisząc choćby do swego serdecznego przyjaciela – H.P. Lovecrafta. Tak więc z jednej strony mamy intrygującą postać i pełne zadumy, nostalgiczne opowieści o przemijającym czasie, z drugiej liczne tropy, które prowadzą do słynnego Cymmeryjczyka. Czasem subtelne (bóstwa stworzone przez Lovecrafta), a to nad wyraz wymowne (niemożność odnalezienia się w roli króla, wielka porywczość). Innym razem po prostu wywołujące uśmiech u fana gatunku (postać Thulsa Dooma), innym razem szczerze intrygując (opowiadanie „Tym toporem władam”, będące autentycznym prototypem pierwszej historii o Conanie „Feniks na mieczu”). I choćby dla tych wiadomości zapoznać się z książką.

Ale, co nie mniej ważne, okazuje się, że po odrzuceniu zabawy w badanie protoplasty słynnego barbarzyńcy odkryjemy unikalny i wciągający świat banity z Atlantydy, który nie zwykł zginać karku i woli mieczem wywalczyć sobie wolność. W zbiorze znalazło się wszystkie utwory opisujące przygody Kulla (wśród nich znakomite „Królestwo cieni” i porażający realizmem „Królowie nocy”), ale także, wzorem serii, liczne (i obszerne) szkice niedokończonych tekstów, poemat „Król i dąb” oraz imponujące ilustracje Justina Sweeta. Całości zaś dopełniają wyczerpujące eseje Steve’a Tompkinsa i Patrice’a Louineta, którzy szczegółowo przybliżają zarówno postać tytułowego bohatera, jak i postać autora wraz z wyjaśnieniami odnośnie inspiracji i zmian dotyczących stylu pisania. Tym samym czytelnik otrzymuje wspaniały zbiór epickiej fantastyki, dopełnionej w mistrzowski sposób dodatkami i informacjami czyniącymi tę książkę obowiązkową lekturą każdego miłośnika literatury fantasy. Brawa dla wydawnictwa Rebis, czekam teraz na tom poświęcony Brakowi Mak Mornowi.

środa, 21 stycznia 2015

Większe recenzje - DRZEWO MIGDAŁOWE - Michelle Cohen Corasanti

DRZEWO MIGDAŁOWE
Michelle Cohen Corasanti
The Almond Tree
wydawnictwo Sine Qua Non
stron: 388
ocena: 5/6

Rzadko sięgam po książki tego typu. To znaczy jakie? Lekkie literacko i ciężkie tematycznie, a jednocześnie nacechowane polityką i brutalnością świata, który wciąż jest dla mnie bardzo niezrozumiałym miejscem. Nie ukrywam, że lekturę tej powieści zawdzięczam żonie i zabierając się za nią nie miałem zielonego pojęcia co za chwilę przeczytam, ani nawet jaka problematyka zostanie poruszona. Ale gdy już otworzyłem utwór na pierwszej stronie, to zamknąłem dopiero gdy skończyłem.

By w pełni zrozumieć przesłanie powieści warto przybliżyć postać autorki. Michelle Cohen Corasanti jest Amerykanką o żydowsko-polskich korzeniach, studiowała na Uniwersytecie Hebrajskim, mieszkała w różnych rejonach świata, ale, co ważne dla powieści, przez siedem lat w Izraelu. Jest więc osobą, która w uczciwy i rzetelny sposób opowiedziała historię, jakiej jeszcze nigdy nie słyszałem, a zapamiętam na długo.

Bohaterem utworu jest Ahmad Mahmud Muhammad Usman Umar Ali Husajn Hamid, Palestyńczyk, którego życie rozgrywa się wokół odwiecznego konfliktu między jego narodem, a narodem Izraela. Żydzi na każdym kroku brutalnie tępią i ciemiężą jego pobratymców, czego wstrząsający przykład mamy już na samym początku utworu, gdy traci życie jego mała siostra. To jednak dopiero początek straszliwego losu, który dotyka całą jego rodzinę. Spirala bezsensownej nienawiści nakręca się bezustannie, ale chłopak, mądrze wychowywany przez ojca podejmuje trudną decyzję i postanawia studiować i zmienić przyszłość swojej rodziny. Jego upór i inteligencja zdają się być przepustką do sukcesu, na drodze jednak co chwilę stają uprzedzenia, nienawiść i wrogość z jakim spotykają się Palestyńczycy na całym świecie.

Przyznaję, że podobnie jak autorka przed wyjazdem do Izraela, nie miałem pojęcia o skali konfliktu, który toczy się w krainie drzew migdałowych i podobnie jak ona uznawałem Palestyńczyków i Izraelczyków za jedną nację. Propaganda czyniąca z Żydów pokrzywdzonych w wojnie jest na tyle skuteczna, że dopiero teraz zrozumiałem w jakiej sytuacji znajdują się mieszkańcy Palestyny. Autorka sprytnie uknuła logiczną fabułę opowiadająca o życiu głównego bohatera, śledząc zaś jego perypetie dyskretnie przypomina o tragicznych wydarzeniach historycznych. I o ile w przypadku zdarzeń z lat 60-tych ubiegłego wieku mogę sobie pozwolić na usprawiedliwienie mojej niewiedzy i traktować to jako dzieje minione, to nie sposób przejść obojętnie wobec niesławnej operacji „Płynny Ołów” z przełomu roku 2008/2009, gdzie na skutek użycia białego fosforu Izrael, w ciągu niespełna miesiąca, wymordował tysiąc dwustu Palestyńczyków. Takich zdarzeń jest tu więcej, ale są one jedynie tłem, które wzmacnia wymowę całości. Autorka skupia się na życiu codziennym bohatera i jego bliskich, ukazując jak ciężki jest los wrogów Izraela i jak ciężkie muszą oni znosić represje.

Zaskakujące, ale obok tych ewidentnie ciemnych tonów udało się pisarce przedstawić ciepłą, ale i przejmującą historię o nadziei, miłości i przyjaźni, która jest w stanie zmienić bardzo wiele. Nie oszukujmy się, że wszystko, ale przecież jak mawiają, „kropla drąży skałę nie siłą, lecz częstym spadaniem”. I wierzę, że ta powieść uczyni dla Palestyńczyków więcej niż setki przemów i bezsensownych walk Można oczywiście utyskiwać na prostotę języka i banalną, typową dla Amerykańskich nowelistów głównego nurtu formę prowadzenia fabuły. Niemniej, czy o poważnych sprawach nie lepiej czasem mówić jak najprościej? Może w tym tkwi siła „Drzewa migdałowego”, że zamiast opasłego moralitetu otrzymujemy łatwą w odbiorze książkę, która zwraca uwagę na ludzką tragedię? W ten sposób, nawet gdy ktoś się rozczaruje, nie będzie żałował, że stracił zbyt wiele czasu. Szczerze mówiąc jednak, nie wierzę, żeby ten utwór, nawet jeśli nie przypadnie do gustu gatunkowo, pozostawił kogoś obojętnym. Polecam.

Większe recenzje - BUSEM PRZEZ ŚWIAT.PL AMERYKA ZA 8 DOLARÓW - Karol Lewandowski

BUSEM PRZEZ ŚWIAT. AMERYKA ZA OSIEM DOLARÓW
Karol Lewandowski
wydawnictwo Sine Qua Non
stron: 336
ocena: 5/6
 
Książka „Busem przez świat. Wyprawa 1” trafiła na moją półkę, zwracając uwagę na unikalny projekt Krzysztofa Lewandwoskiego, który z bratem i grupą przyjaciół postanowił zdezelowanym busem przejechać Europę. Na koniec publikacji opisującej tę wyprawę przeczytałem o kolejnych, jakie podróżnicy mieli za sobą, wiedziałem więc, że to tylko kwestia czasu, kiedy na rynek trafi następny tytuł z charakterystycznym logo cyklu.

I rzeczywiście. „Busem przez świat.pl Ameryka za 8 dolarów” to trzymiesięczna wycieczka jaką Krzysztof Lewandowski i jego kompani odbyli po Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, przy okazji zahaczając o Kanadę i Meksyk. Siłą rzeczy, jest to wyprawa o wiele barwniejsza niż poprzednia, do tego znacznie lepiej zilustrowana licznymi fotografiami, przyporządkowanymi do poszczególnych rozdziałów. Ułatwia to zwiedzanie wraz z bohaterami, a przede wszystkim wzbogaca dynamikę. O ile bowiem w poprzedniej części zdarzały się momenty lekko nużące, to tutaj takich brak. I nie chodzi mi, oczywiście, o przygody podróżników, bo tych przekłamywać nie należy (a w tym wypadku nawet trudno, gdy całość na bieżąco śledzili internauci), ale o fakt w jaki sposób zostało to opisane. Poprzednio zastanawiałem się na ile w pracy nad całością pomagał Łukasz Orbitowski, który i tym razem figuruje jako jeden z redaktorów (wraz z Joanną Miką-Orządałą), teraz te myśli nie powracały już tak często. Całość czyta się zdecydowanie lżej i przyjemniej. Ma to niebagatelne znaczenie w przypadku tego typu utworu, który nie ma wszak za zadanie przyuczać czy przekazywać, a jest jedynie sposobnością dzielenia emocji z podróżnikami, chwilą oddechu od szarego życia, gdy można na kilkaset stron wskoczyć do słonecznych Stanów Zjednoczonych i nie myśleć o codzienności. Zamiast tego doświadczamy przygód i spotkań jakie były udziałem ekipy Busem przez świat. Bo to one są najważniejsze w tym momencie, nie zwiedzanie kontynentu, o którym pisano już tak wiele i na tak wiele różnych sposobów. Posługując się frazesem, jeśli chodzi o samą wycieczkę, to bohaterowie przed nikim „Ameryki nie odkrywają”, a co jeszcze zabawniejsze, największe ciekawostki z jakimi się tutaj spotkałem (taśma klejąca, skrzynki, prawo w Teksasie) czytałem kilka miesięcy wcześniej w „Wyspie na prerii” Wojciecha Cejrowskiego. Przypadek?

Siłą tej książki są spotkania z ludźmi, ich przeżycia, czasem wręcz zagrażające życiu przygody, no i przede wszystkim – perypetie z samochodem, o naprawie którego chyba można by stworzyć osobną, całkiem opasłą książkę. Dlatego ci, którzy dobrze bawili się przy poprzedniku i tym razem nie będę zawiedzeni, śmiem nawet twierdzić, że przyjemności znajdą dużo więcej. Szkoda tylko, że znów końcówka książki to już bieg przed siebie, bez chwili zadumy czy refleksji, których całkiem sporo było wcześniej. Ciekawe, jaką wyprawę Lewandowski opisze teraz. Osobiście czekam na Australię.

Na koniec drobiazg, który jednak troszeczkę mi przeszkodził w początkowych rozdziałach książki. Tradycyjnie, składają się one ze szczegółowych przygotowań do wyprawy, co jednak ważne, tym razem ekipa przeszła roszady personalne, co więcej zaszły one już na wcześniejszych, nieopisanych wyprawach. Dlatego początkowo nie mogłem się odnaleźć pośród nowych postaci, tym bardziej, że znalazły się wśród nich i takie, które dla autora były „stare”, a dla mnie kolejnymi świeżynkami. Ot, drobny niuans, dla tych, którzy nie śledzą każdego kroku projektu Busem przez świat.

niedziela, 18 stycznia 2015

Dwa sekrety, o mych nowych książkach słów kilka.

Sto dwadzieścia cztery.
Czas przestać uwzględniać w numeracji „większe recenzje”, bowiem zrobi się z tego zamęt totalny, a co niektórzy gotowi pomyśleć, że ja mam naprawdę coś do powiedzenia. A ja tymczasem piszę ot tak sobie. Dzisiejszy wpis też jest, bo trzeba, wir pracy w jakim utonąłem na ostatnie pół roku znów się o mnie upomniał i zatonąłem w otchłani działań wszelakich, o których pisać nie ma potrzeby. Żona potwierdza mój pracoholizm. Ja go nie zauważam, jak nie pracuję, to śpię. A lubię.
Prawie dwa tygodnie temu ukazał się zbiór moich opowiadań „Horror Klasy B”. Jeszcze do mnie nie dotarły moje kopie, ale wydawca już donosi, że całość w zasadzie już się prawie wyprzedała... I bądź tu człowieku mądry. Niewątpliwie moje najbanalniejsze teksty, będące jedynie pretekstem do wyrażenia kilku opinii o horrorze i tymczasowej wycieczki do dziejów minionych okazują się najlepiej sprzedającą moją książką. Aukcja na rzecz WOŚP to już wydarzenie bez precedensu, bowiem egzemplarz „Horroru...” poszedł za swą niemal dziesięciokrotną wartość! A ja tylko chciałem pożegnać się przekornie z taką formą literacką, bowiem jest to mój przedostatni zbiorek opowiadań horrorowych. Jeszcze kiedyś ukaże się „Królestwo Gore”, ale nie mam do tego teraz ni głowy, ni serca, a nade wszystko czasu.
Z radością zaś zdradzam dwa sekrety. Opasła powieść „Utrapieni”, którą usmażyliśmy z Robertem w zeszłym roku znalazła dom w Videografie i jeszcze w tym roku ukaże się nakładem tej prężnej firmy. Widziałem już okładkę. Zrobił ją sam Darek Kocurek. Rewelacja!
Drugi sekret dotyczy drugiej powieści, którą popełniliśmy w zeszłym roku z Robem. Dostałem pozwolenie na puszczenia farby w wywiadach, które mam zaplanowane na najbliższe dni, dlatego też zdradzam co nieco i tutaj. To pierwszy tom cyklu, w którym wypuściliśmy na kraj plagę zombi. W pierwszym tomie dużo dzieje się w moim rodzinnym mieście. Tytułu i wydawcy jeszcze zdradzić nie mogę. Będzie jednak wspaniale.
To tyle, bo roboty jeszcze multum przede mną, a już północ nadchodzi, połowa stycznia za nami, a ja mam jeszcze tyle do zrobienia w tym roku!!!

A na tapecie:

FILMY:
„The Punisher: Warzone” Lexi Aleksander. Kompletnie mnie nie obchodzi co na temat tego filmu myślą inni. Mnie bardzo się podoba, choćby dlatego, że Punisher wreszcie jest taki, jaki był w komiksie. Bezlitosny, brutalny i psychopatyczny. No i wreszcie jest właściwy vilian w postaci, a jakże!, Jigsawa. Można się przyczepić do prostoty, do kilku naiwnych rozwiązań. Można też się przymknąć i przypomnieć sobie, że mamy do czynienia z adaptacją komiksu. Historyjki obrazkowej. I w tej kategorii „The Punisher: Warzone” sprawdza się idealnie, wciągając nosem żałosną bajeczkę z Thomasem Jane. Od wersji z Dolphem Lundgrenem też proszę się odczepić, choć to akurat typowy film akcji z kategorii B lat 90-tych.

„Zaklęci w czasie” Robert Schwentke. Zupełnie przypadkiem włączyliśmy telewizor i obejrzeliśmy z żoną dziwny melodramat science-fiction, gdzie mężczyzna mimo dziwnej przypadłości (niekontrolowanego przenoszenia się w czasie), próbował zbudować szczęśliwy związek z ukochaną. Intrygujące, inspirujące, stosownie ckliwe. Muszę przeczytać książkę, na bazie której powstał film.

„X-men: Przeszłość, która nadejdzie” Brian Singer. Kolejny film, którego zamierzam bronić, a raczej nie słuchać cudzych opinii. Pomijając pewne niekonsekwencje w stosunku do fabuły poprzedników (ale 1) i poprzednicy nie zawsze byli konsekwentni, 2) komiksowa seria wiele razy była niekonsekwentna – liczą się postacie, nie jakieś tam przejmowanie się, że ktoś wcześniej zginął), jest to znakomity film o superbohaterach dostarczający tego, czego oczekiwałem – pulpowej, radosnej, ekscytującej widowiskowo, odmóżdżającej rozrywki. Nie szukałem ambitnego kina, tylko dokładnie to co dostałem – mutantów walczących ze światem. Bardzo się cieszę, że po raz siódmy w zasadzie cała ekipa X-menów zebrała się w niezmienionym składzie. Szkoda, że już jakiś czas temu zmieniono Mistique. Najważniejsze, że dobrze się z żoną bawiliśmy i już wypatrujemy kolejnych sequeli.

KSIĄŻKI:
Zasadniczo przestałem tutaj zamieszczać opinię o tych, które potem ukazują się w dziale większe recenzje, bo po co się dublować? Najlepsze, że niektóre zamieszczam gdzie indziej, a potem o tym zapominam... Widać tak ma być.
Tutaj mamoniowo. Prawie.

„Głód” Graham Masterton. Jakoś umknęła mi przed laty ta książka i przeczytałem ją dopiero teraz. Klasyczny thriller w jego wykonaniu, z tymże nacechowany urokiem czasów, w których powstał. A więc oprócz klasycznej plagi niszczącej Stany Zjednoczone (tutaj tytułowy głód), mamy obowiązkowo polityczną intrygę, bezczelny Związek Radziecki, przemoc, dużo seksu, napaści, gwałty i każda kobieta ma ogromne piersi. Typowy Masti lat 70-80. W thrillerach wolę go w późniejszym wydaniu. Tutaj nie mogłem się pozbyć wrażenia, że czytam bardziej rozbudowany szkic do „Suszy”. Mimo wszystko, pięćset stron wchłania się w tempie ekspresowym.

GRY:
A co. Czasem trzeba się odstresować. Nie mam czasu na długie fabuły przy komputerze. W zasadzie przy komputerze tylko pracuję. Poza tym dowiedziałem się, że nie ma szans, by Wiedźmin 3 bujnął się na moim sprzęcie, który specjalnie modyfikowałem pod „dwójkę”. Dlatego, jeśli już zdarza mi się stracić kilka minut na grę, są to, oczywiście, gry w telefonie. „Injustice”, czyli naparzanka w świecie DC Comics najpierw zachwyciła mnie grafiką, szybko jednak znudziłem się, widząc ile muszę się
napracować, żeby zdobyć postać Batmana czy Supermana. A Flash i pozostałe trzy postacie, których imion już nawet nie pamiętam, szału nie robią. Dlatego od czasu do czasu rozluźniam się w „Marvel: Contest of Champions”. Od początku mam Wolverina i Spidermana, dołączyli Hulk i jeszcze jacyś goście w rajtuzach, zbieram punkty na Punishera. Raz na jakiś czas znów mam dwanaście lat.

Tyle na dziś.
Bez odbioru.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Większe recenzje - NIEZWYKŁA HISTORIA MARVEL COMICS - Sean Howe

NIEZWYKŁA HISTORIA MARVEL COMICS
The Marvel Comics: Untold Story
Sean Howe
wydawnictwo: Sine Qua Non
stron: 510
ocena: 6/6

Marvel Comics jest firmą, która od zawsze (no, od początku lat 90-tych) kojarzyła mnie się ze Spider-manem, Punisherem a później całą plejadą superbohaterów i superłotrów, których kiedyś nawet próbowałem się nauczyć rozróżniać i pojmować, ale szybko dałem sobie spokój, a w pewnym momencie przestałem i śledzić ukazujące się w kraju zeszyty. Zainteresowanie powróciło na początku tego wieku wraz z adaptacjami filmowymi Spider-mana i X-menów, ale nigdy nie osiągnęło tego punktu sprzed lat, gdy chciałem wiedzieć wszystko o Uniwersum Marvela. Dobrze się stało, bo nie wiem jak udałoby mi się odnaleźć w świecie blisko pięciu tysięcy postaci, które powstawały przez prawie osiemdziesiąt lat, a ich złożone historie, przenikające się przygody, restartowane co jakiś czas życiorysy bohaterów, to tak naprawdę nic w porównaniu dramatycznymi losami twórców i rysowników, którzy od podwalin budowali to potężne dziś imperium tylko po to, żeby później zostać porzuconymi bez grosza przy duszy, gdy komiksy z ich postaciami schodziły miesięcznie w ilościach pół miliona egzemplarzy. To i o wiele innych informacji czekało, bym mógł je odnaleźć w „Niezwykła historia Marvel Comics” Seana Howe, naprawdę nieprawdopodobnej opowieści o największym wydawnictwie komiksowym na świecie.

Szczerze przyznaję, że pierwsze zaskoczenie przeżyłem już przy pierwszym kontakcie, na sam jej widok. Książka o komiksie, a w środku ani jednej reprodukcji, ani jednej grafiki? Za to ponad pięćset stron gęsto zapisanych drobnym drukiem? Coś wspaniałego. Jeszcze większe zaskoczenie przeżyłem gdy zagłębiłem się w lekturę. To naprawdę niesamowite w jaki sposób Sean Howe opisał historię powstania tego wielkiego dziś imperium, śledząc jego wzloty i upadki, losy niewiarygodnie kreatywnych i pozytywnie zakręconych ludzi, ale także przekręty i oszustwa, gdzie wyzysk, terror i wbijanie noża w plecy były na porządku dziennym. A wszystko to zostało spisane w sposób tak intrygujący, że czyta się to jak najlepszą biografię czy książkę historyczną, bez cienia znużenia czy nudy. Opowieść o losach twórców potęgi Marvela składa się na zaskakującą mitologię, która przenika się z mitologią bohaterów samego Uniwersum. Paradoksalnie, to co faktycznie działo się w Zagrodzie (jak nazywali ją pracownicy), bardzo rzadko przenikało do samych komiksów, co jeszcze bardziej podkreśla poświęcenie rysowników, grafików i autorów tekstów. Czytelnik zafascynowany światem Marvela znajdzie tutaj genezę swoich ulubionych postaci, przypomniane zostaną najsłynniejsze sagi (zadziwiające, że głównie skupiające się wokół X-men, prawda?), dowie się też jak na przestrzeni lat zmieniały się oczekiwania wobec bohaterów (biedny Spider-man, któremu najpierw odebrano Gwen, a potem zabroniono mu posiadania potomka, wreszcie sięgnięto po kuriozalny zabieg z innymi wymiarami...), jaki był problem z ciemnoskórymi bohaterami, jaką rolę odegrała II wojna światowa i rewolucja seksualna. To jednak nic w porównaniu z całkowitym odarciem z mitów twórców, którzy toczyli odwieczną batalię o wymyślone przez siebie postacie, byli gnębieni i tłamszeni przez naczelnych redaktorów, wreszcie okradani ze swoich pomysłów i, oczywiście wszelkich tantiem. Czytelnik na pewno inaczej spojrzy na Stana Lee, jedynego wygranego całej firmy, na pewno dowie się wielu szczegółów o takich mistrzach gatunku jak Frank Miller, Jack Kirby czy Todd McFarlane. Przeczyta, jak niewiele brakowało, by najlepsze postacie DC comics, Batman i Superman, trafiły do świata Marvela i w jaki sposób Walt Disney przejął firmę. Przede wszystkim jednak przeczyta o niezwykłej miłości do tej wciąż niedocenianej u nas kultury historyjek obrazkowych. Absolutnie obowiązkowa lektura dla każdego miłośnika komiksów, ale także dla ludzi zainteresowanych popkulturą.

P.s. Na temat wydania nie będę się rozwodził. Wydawnictwo Sine Qua Non nie schodzi poniżej ustalonego poziomu. Sztywna oprawa, gustowna okładka, sznurek/zakładka (to chyba powinien być standard) i znakomite tłumaczenie Bartosza Czartoryskiego, wielkiego miłośnika komiksów. Nic dodać, nic ująć. To trzeba mieć.

wtorek, 6 stycznia 2015

Mamoniowo na nowy rok

Sto dwadzieścia dwa.
       Nowy rok już leci pełną parą, w zasadzie minął już niemal tydzień. W międzyczasie udało mi się nic nie napisać (beletrystycznego), nadrobiłem zaległości recenzji literackich (zostały muzyczne), posiedziałem ostatnie dwa dni na mrozie na rusztowaniu z wiertarką (słuchając w radiu, że dziś inni mają wolne). Fizycznie więc jestem trochę wyczerpany, ale wbrew pozorom z radością szykuję się do pracy w rozpoczynającym się roku. Jak mówiłem, o planach nie będę informował. Ważne jest to, co się dzieje i spełnia. Dlatego poczekam chwilę z informacją o „Horror klasy B”. Jeśli jutro wyjdzie, z radością to ogłoszę :) Tymczasem, żeby na nowo wpaść we właściwe tory uzupełniania bloga, nadrabiam zaległości tapetowe, czyli informuję co tam ostatnio (ponad miesiąc) przeczytałem i obejrzałem.

Na tapecie:
KOMIKSY
Funky Koval” Parowski, Polch, Rodek. Trudno w to uwierzyć, ale moja przygoda z Funky Kovalem zaczęła się... dwadzieścia osiem lat temu. Moja wspaniała babcia Ewa kupowała mi często komiksy („Kajko i Kokosz”, „Tytus, Romek i A'tomek”, „Kapitan Kloss”) i pewnego razu przyniosła mi właśnie pierwszy numer nowego magazynu, a w nim brawurowy komiks o kosmicznym agencie. Nie będę teraz roztrząsał faktu, że jako ledwie kilkuletni berbeć może nie powinienem czytać komiksu tak brutalnego i nasyconego erotyką (jak się dowiedziałem, to pierwszy polski komiks, w którym znalazły się nagie piersi), możliwe, że w ten sposób moja babcia przyczyniła się do tego, że piszę dziś tak jak piszę. W końcu i inne komiksy też od niej dostałem (vide „Szninkiel” czy „Rork”). Na pewno echa „Funky Kovala” pojawiają się w moim cyklu „BHO”. Nie to jest jednak istotne. Ważna jest sama historia, sam komiks, nasycony akcją i pomysłami jak z najlepszych filmów i sag science-fiction, porażający absolutnie wyjątkowymi rysunkami Bogusława Polcha (w dwóch pierwszych numerach). Kolejne dwa zeszyty tracą już na jakości graficznej, ostatnia część również średnio odpowiada mi fabularnie, niemniej gdy otrzymałem od małżonki w prezencie świątecznym to zbiorcze wydanie w fenomenalnej oprawie (wraz z wywiadami z twórcami i kulisami powstania komiksu), stałem się na powrót najszczęśliwszym chłopcem na ziemi, a moja honorowa półka z dumą przyjęła ten kultowy komiks. Pal licho część czwartą. Fabularnie trzy pierwsze to mistrzostwo świata!
Wiedźmin: Dom ze szkła” Paul Tobin, Joe Querio. Bardzo się obawiałem tego, co też uczynią Amerykanie z naszym rosnącym w siłę dobrem narodowym. Znów za sprawą żony (i prezentu z okazji dnia zwykłego) mogłem się o tym przekonać. I muszę przyznać, że jestem naprawdę bardzo miło zaskoczony. Zdecydowanie wolałem w twórczości Sapkowskiego wątki horrorowe i w takiej właśnie konwencji utrzymana jest ta rozbudowana na kilka zeszytów (tu w jednym albumie) historia. Powolne budowanie napięcia, długie milczące sceny, przewrotne zakończenie i ten specyficzny smutek, który przebijał w pierwszych opowiadaniach cyklu został tutaj świetnie uchwycony. Może nie wszystkie rysunki zachwycają (szczególnie zbliżenia twarzy), widać, że twórcy nie byli do końca pewni nowej marki, jednak jest pewnym, że komiksowy „Wiedźmin” ujmy nikomu nie przynosi, a oddani fani (jak ja) będą zachwyceni. 

FILMY
Noe” Darren Aronofsky. Lubię Russella Crowe (o ile za dużo nie śpiewa), bardzo podobają mnie się filmy Aronofsky'ego, mam ogromną słabość do fantasy, nic dziwnego, że ta wersja biblijnego potopu przypadła mi do gustu. Oczywiście będę utyskiwał na pewne rozwiązania fabularne, które stworzono tylko po to, by skomplikować relacje między postaciami (sztucznie) lub wydłużyć co nieco. Dobry film, na pewno bardzo widowiskowy, ale w porównaniu do poprzednich dokonań reżysera bardzo hollywoodzki i dość prosty.
Hot Shots 2” Jim Abrahams. Nie widziałem tego filmu od lat. Czasem trzeba się odmóżdżyć, a kiedy
zobaczyłem ten film w przecenie (3 złote!) nie mogłem sobie odmówić prezentu. Absurdalna parodia Rambo i wielu innych filmów akcji moim zdaniem bije na głowę część pierwszą. Oczywiście, człowiek łapie się na tym, że nie wierzy, że to ogląda, ale jaka przy tym zabawa! Ogromny plus za Richarda Crenna – parodiować stworzoną przez siebie postać pułkownika z filmów ze Sly'em i to jeszcze w taki sposób. Brawo!
Oszukana” Clint Eastwood. Jak Clint reżyseruje jakiś film, to wiadomo, że nie będzie lekko. Jak jeszcze opiera go na prawdziwej historii zaginięcia dziecka, wiadomo, że będzie ciężko. Kiedyś do namówienia tego filmu namówiła mnie żona (mnie jakoś odstraszała od niego Angelina Jolie) i zostałem wgnieciony w fotel. Teraz jak zobaczyłem początek w telewizji, siedliśmy by obejrzeć znów do końca. Prawdziwie przerażający i fenomenalny.
Wykidajło” Leciał w telewizorni, więc przypadkiem, przy robocie, obejrzałem. Kiedyś historia kopiącego wszystkich po pyskach i jajkach Patricka Swayze robiła na mnie ogromne wrażenie, dziś budzi jedynie sentyment i pobłażliwy uśmiech. Ale taki już urok przeciętnego kina akcji z lat 80-tych. I choć film zestarzał się okrutnie, na pewno jeszcze do niego kiedyś wrócę.

KSIĄŻKI
Przebudzenie” Stephen King. Taki twórca jak King nie zawodzi. Albo ja się starzeję i odnajduję bardzo dużo siebie w tych sentymentalnych podróżach do krainy młodości i dzieciństwa. Lata wprawdzie diametralnie różne, ale też kiedyś uczyłem się grać na gitarze, chodziłem na randki i przewinąłem się przez kilkanaście zespołów. A nikt tak nie opisuje obyczajowego tła, jak King. Jeśli jednak chodzi o horror, to tutaj całość troszeczkę się rozmywa, niemniej poziom utrzymuje niedostępny dla śmiertelników. Dodatkowy plus za lovecraftowski finał i liczne odniesienia do klasyki grozy. Bardzo dobra książka, choć jeśli się już kiedyś napisało „Lśnienie” czy „To”, to już trudno sięgnąć po mistrzostwo.
Oni” Olga Haber. Udany debiut w gatunku horroru pisarki, której prawdziwe nazwisko brzmi inaczej niż to na okładce :) Sprawnie napisana książka, potrafiąca przykuć uwagę i niewątpliwie zadowolić miłośników prężnie rozwijającego się wydawnictwa Videograf. Ja jednak muszę szczerze przyznać – SPOILER - że reaguję alergicznie na wątki z szarymi ludzikami przybyłymi z kosmosu. KONIEC SPOILERA.
Metro 2033” Dmitry Glukhovsky. Książka, która stała się w zasadzie legendą, więc trudno ją ocenić obiektywnie. Ale po to sobie tutaj piszę, żeby się tym nie przejmować, prawda? Wielki rozmach, niezwykły pomysł, prawdziwie imponujący świat i trochę przeszkadzająca mi w tym wszystkim liniowość, która wpisuje się jednak w kanony gatunku. Przyznaję, że choć powieść nie rzuciła mnie na kolana i nie stałem się natychmiastowo fanem całego uniwersum (wolę jednak Fallouta), to chętnie sięgnę po kolejne części. W wolnym czasie. Kiedyś.
Tyle na dziś.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Większe recenzje - O CZYM SZUMIĄ WIERZBY - Kenneth Grahame

O CZYM SZUMIĄ WIERZBY
The Wind in the Willows
Kenneth Grahame
wydawnictwo: Vesper
ilość stron: 256
ocena: 6/6

Są wspomnienia, które automatycznie zabierają nas do krainy dzieciństwa wypełniając jednocześnie duszę i serce niedającą się opisać nostalgią i melancholią, gdy wszystko było proste, a świat był po prostu bezpieczny. Takie wspomnienia wywołuje u mnie kilka lektur, z „Kubusiem Puchatkiem” na czele, takie wspomnienie wiąże się również z „O czym szumią wierzby” Kennetha Grahame'a. Przyznaję, że źródło tych wspomnień tkwi w brytyjskim serialu animowanym, który Telewizja Polska nadawała w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a ja, jeszcze jako kilkuletni berbeć zachwycałem się każdym odcinkiem do tego stopnia, że do dziś ekscytuję się za każdym razem, gdy widzę gdzieś czołówkę stacji Thames Television, która ów serial wyprodukowała. Nieco później poznałem literacki oryginał, ale jego głębię, niezwykłe piękno i absolutną wyjątkowość doceniłem prawdziwie dopiero teraz, jako dorosły człowiek czytający tę książkę własnym dzieciom.

Historia przyjaźni czterech zwierzątek – Kreta, Szczura, Borsuka i Ropucha składa się z dwóch odrębnych stylistycznie części napisanych w formie przeplatających się ze sobą opowiadań. By w pełni je zrozumieć, należy sięgnąć do źródeł powstania utworu. Otóż Kenneth Grahame pisał już wcześniej utwory oscylujące wokół baśni i mitów, stworzył też jedną powieść dla dorosłych (The Headswoman – 1894), ale podwaliny „O czym szumią wierzby” stworzył specjalnie dla swego syna, problematycznego i rozbrykanego Alastaira. Zaczęło się klasycznie od opowiadania wieczorem bajek o niesfornym panu Ropuchu. Gdy pewnego razu wyjechał z żoną na wakacje, syn został w domu z nianią tylko pod warunkiem, że ojciec będzie mu przysyłał kolejne historyjki. I właśnie z nich, za namową żony, autor stworzył specyficzne łotrzykowskie opowiastki, których bohaterem był zadufany w sobie, bogaty i egoistyczny Ropuch. Jego kolejne przygody to klasyczne perypetie, które prowadzą bohatera przed sąd i do więzienia. Na szczęście Ropuch ma czarującą osobowość i wydostaje się na wolność, co otwiera przed czytelnikiem możliwość śledzenia jego pełnej zabawnych przygód i niebanalnych pomysłów tułaczki do domu, w którym czekają go poważne tarapaty i wojna z łasicami.

Drugi nurt to nostalgiczne opowieści sławiące brytyjską przyrodę, ale i skłaniające do zadumy, czy nawet metafizycznej trwogi. To wprost niesamowite, w jaki sposób autorowi udało się zamknąć w prostych pozornie opowieściach o podróżach Kreta i Szczura wzdłuż rzeki czy przez las, tak wiele treści, tak wiele lęków, emocji i wysokich uczuć. Olbrzymią rolę odgrywa tutaj przyjaźń, ale nie opisana dosłownie, tylko rozwijająca się niespiesznie, wyczuwalna podskórnie. Tak samo jak Tajemnica, której echa pojawiają się w różnych zakątkach. W takich opowiadaniach jak „Dzika puszcza” ociera się ona o niesamowitość i grozę, w „Nie ma jak w domu” ustępuje miejsca nostalgii, a w „W drogę, wędrowcy” tęsknocie. Absolutnym arcydziełem jest jednak opowiadanie „Fletnista u bram świtu” i nie piszę tego tylko dlatego, że jestem zagorzałym fanem Pink Floyd. Utwór ów ukazuje w pełni Tajemnicę, która okazuje się nie groźna, a dobroczynna, w pełni spojona z naturą i porządkiem świata. Jednocześnie obrazuje cały wydźwięk „O czym szumią wierzby” - zabiera nas do krainy niesamowitej, pięknej i bezpiecznej, takiej, do której chciałoby się wracać zawsze. Jednak z upływem lat ten powrót jest coraz trudniejszy i okupiony większą melancholią, bowiem bagaż doświadczeń wywołuje tęsknotę za utraconym dzieciństwem i niewinnością. Mistrzowska książka!

Większe recenzje - PRZYGODY BARONA MUNCHHAUSENA - Gottfried August Burger

PRZYGODY BARONA MUNCHHAUSENA
Gottfried August Burger
wydawnictwo: Vesper
stron: 246
ocena: 4/6

Pośród wielu książek cenionych jako perły literatury dziecięcej istnieją i takie, o których z niewiadomych powodów czytelnicy zapomnieli, a owe tytuły znane są już głównie bibliofilom i specjalistom z danej dziedziny. Ja nie będę zgrywał żadnego z nich, choć pewne doświadczenie zawodowe w temacie mam i za nałogowego połykacza książek też się uważam. Prawda jest jednak taka, że o „Przygodach Barona Münchhausena” dowiedziałem się za sprawą swojej fascynacji grupą „Latający Cyrk Monty Pythona”. Śledząc dalsze losy członków owej grupy trafiłem na informację, że niezłomny Terry Gilliam podjął się adaptacji owego niezwykłego dzieła. Trudno w to uwierzyć, ale filmu nie obejrzałem przez lata, wychodząc z założenia, że najpierw przeczytam książkę. Wreszcie znalazłem na to czas i sposobność, znów dzięki wydawnictwu Vesper.

Zacznijmy od tego, że ta pochodząca z XVIII wieku książka, wbrew pięknemu wydaniu i fascynującym ilustracjom Gustave'a Dore, nie jest utworem dla dzieci. Przynajmniej nie tych najmłodszych. Rozsądek nakazywałby oscylowanie w okolicach dziesięciu, dwunastu lat. Dlaczego? Bowiem tytułowy baron Münchhausen to patentowany arcyłgarz, który nawet przez moment nie zawaha się wciskać słuchaczowi bzdur tak wierutnych jak jazda na przeciętym w pół koniu, czy zrywanie skóry z lisa, poprzez wygnanie go z futra. Żadne kłamstwo nie jest dość niewiarygodne, by nie przeszło przez usta gawędziarza, który opowiada o swoich wyczynach zasłuchanym gościom. A wyobraźnia Gottfrieda Augusta Bürgera rozwija skrzydła z każdą kolejną częścią. O ile na początku słuchamy tylko o niezwykłej wyprawie do Rosji i mocno niewiarygodnych przygodach na polowaniu (jak na przykład wyciągnięcie samego siebie wraz z koniem z wody), to później bierzemy udział w wojnie przeciw Turkom, kilkukrotnie podróżujemy po morzach i oceanach świata (przy okazji mordując w pojedynkę populację białych niedźwiedzi), by wreszcie dotrzeć w głąb Ziemi i na Księżyc. Nie sposób nie zachwycić się rozmachem utworu, nie docenić pomysłowości autora, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę datę wydania oryginalnego tekstu. Nie chciałbym tutaj robić z Bürgera niedocenionego praojca fantastyki, jednak to wielka szkoda, że autor (wraz ze swym najsłynniejszym dziełem) jest już trochę zapomniany. Warto dziś, zwłaszcza dzięki wyjątkowemu wydaniu Vesper (twarda oprawa, oryginalne ilustracje) dać się porwać łgarstwom barona, nie tylko by się dobrze bawić, ale również by móc przyjrzeć się niemieckiej mentalności z okresu przed wybuchem Rewolucji Francuskiej. Mentalności w wyborny sposób ośmieszonej i przedstawionej w krzywym zwierciadle. Bowiem Bürger oprócz licznych niedomówień, celnych uwag, głęboko ukrytych smaczków konfrontuje z rubasznym, dziś rzec by można – toaletowym humorem. I właśnie humor jest tutaj głównym bohaterem, który czyni z tej książki opowieść wciąż aktualną i wartą lektury, a jednocześnie bardzo zróżnicowaną. Obok wielowarstwowego, pełnego aluzji, wyrafinowanego konstrukcyjnie i zachwycającego wprost pięknem języka, pojawiają się żarty analno-fekalne, ale wciąż napisane w sposób wielce wysublimowany i dalece artystyczny. Cóż, minęły już te czasy, gdy pisarz musiał prezentować sobą naprawdę wysoki warsztat literacki. Na szczęście zawsze można sięgnąć po klasyków. Gwarantuję, że po lekturze dzieła Gottfrieda Augusta Bürgera świat nie będzie już taki sam. Lojalnie ostrzegam jednak przed dwiema rzeczami. Nie czytać tego najmłodszym dzieciom, a i przy odrobinę starszych nieco się zastanowić. Uprzedzam też przed dawką kolosalną absurdu, którą nie każdy jest w stanie znieść.

niedziela, 4 stycznia 2015

Większe recenzje - CHŁOPCY 2 - Jakub Ćwiek

CHŁOPCY 2: BANGARANG
Jakub Ćwiek
wydawnictwo: Sine Qua Non
stron: 304
ocena: 5/6

Większość czytelników musiała długo czekać na drugi tom „Chłopców”, ja miałem to szczęście, że dosłownie po zamknięciu ostatniej strony części pierwszej natychmiast otworzyłem „Bangarang” - bo taki podtytuł nosi dalszy ciąg przygód Zagubionych Chłopców, motocyklowego gangu chłopców z Nibylandii. Swoją drogą jest coś uroczego w fakcie, że Jakub Ćwiek dba o te cyfry pojawiające się przy kontynuacjach jego książek. Nie chodzi o to, że ułatwia to chronologiczne układanie książek na półce, ale o to, że przypomina to stare, dobre czasy, kiedy sequele filmowe bez żenady wspierały się kolejnymi cyframi, nie były zaś blokadą sprzedaży jak dziś. Na szczęście książki Ćwieka sprzedają się świetnie, a nostalgiczny wydźwięk jest podparty dodatkowo już samym tytułem.

No i okładką. Omawiając poprzednią część zupełnie ominąłem kwestie wydania, co jest karygodnym błędem. Twarda oprawa, klimatyczny rysunek Iwo Strzeleckiego i humorystyczne ilustracje Roberta Adlera pomagają wczuć się w młodzieżowy klimat historii, gdzie i mężczyźni pielęgnujący w sobie wiecznego chłopca świetnie się odnajdą. Trochę szkoda, że drugi z panów nie zadbał tym razem o ilustracje, chociaż nie mogę wiele zarzucić grafikom Strzeleckiego, coś bowiem jest w tych prostych, jakby nieukończonych grafikach. Dość jednak o oprawie, nie od dziś wiadomo, że wydawnictwo Sine Qua Non wydaje książki w sposób znakomity, by nie rzec – kolekcjonerski.

Najważniejsza jest oczywiście treść, a tutaj Ćwiek bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Wprawdzie znów mamy do czynienia z krótszymi lub dłuższymi opowieściami, lecz wszystkie one perfekcyjnie pasują do siebie, niczym, nomen omen, trybiki rozbitego zegarka, z połączenia których tworzy się obraz perfekcyjnie działającego mechanizmu. Pierwszy tekst, rozległa nowela wprowadza do świata chłopców mnóstwo zamętu, bowiem okazuje się, że nie wszyscy akceptują działania Chłopców i liczne gangi próbują przejąć ich działalność. Wywiązuje się ostra zadyma, w której nasi bohaterowie mogą w pełni rozwinąć swoje talenty. A my dostrzegamy rysy na ich cudownym, zdawać by się mogło świecie. Tych rys pojawia się później więcej, znów jednak podanych w sposób wielce wysublimowany, choć przyznaję, że takie opowieści jak „Koci łapki” i „Słuchaj uchem a nie brzuchem” potrafią zjeżyć włosy na karku. Tekst „Twój stary” wpisuje się zaś w konwencję retrospektywnych tekstów, przypominających wczesne dzieje chłopców. I o ile w poprzedniku „Będziesz to prać” potrafił poruszyć, to tutaj naprawdę chwyta za serce. Krótko mówiąc, Jakub Ćwiek podniósł poprzeczkę wyżej i to co było w jedynce dobre, tutaj jest po prostu świetne. Jeśli dodać do tego stopniowo wyłaniający się z treści szwarccharakter i zaskakujący, mocny finał, wyjdzie nam, że mamy do czynienia ze znakomitą książką w swojej kategorii wiekowej/wagowej. Bangarang!

Większe recenzje - CHŁOPCY - Jakub Ćwiek

CHŁOPCY
Jakub Ćwiek
wydawnictwo: Sine Qua Non
stron: 320
ocena: 4/6

Twórczość Jakuba Ćwieka przez wiele lat pozostawała dla mnie niewiadomą i trudno było mnie się przekonać do autora, którego kolejne książki sygnowało logo wydawnictwa wypaczającego (w moim mniemaniu) jakość polskiej fantastyki. Nie powiem, korciło mnie, szczególnie za sprawą podobnych upodobań muzycznych sprawdzić, co też ten Ćwiek pisze i o co tyle szumu, ale zawsze wypadało coś innego. Szczęśliwym trafem, na Jakuba postawiło również cenione przeze mnie wydawnictwo Sine Qua Non, a ja mogłem wreszcie bez uprzedzeń i błędnych nastawień zapoznać się z brawurową krzyżówką „Synów Anarchii” i „Piotrusia Pana” zatytułowanej po prostu - „Chłopcy”.

Porównania do serialu wynikają nie tylko z faktu, że podpowiedziano je na okładce (tak na wszelki wypadek, żeby ktoś nie przegapił), ani dlatego, że mamy do czynienia ze specyficznym gangiem motocyklowym. Chodzi tu przede wszystkim o tempo akcji, która gna do przodu na złamanie karku. Bardzo szybko okazuje się zresztą, że mamy do czynienia ze zbiorem opowiadań, które przybliżają nam kolejne postaci i realia świata. O ile jednak w wielu przypadkach innych polskich autorów fantastyki taki zabieg bywa irytujący (bo niby obiecali książkę, a dają zbiór opek), to Ćwiek radzi sobie z tym w perfekcyjny sposób, zazębiając kolejne utwory i tworząc spójną, charakterystyczną, a przede wszystkim pasjonującą opowieść. Lekko melancholijną na dokładkę. I zdecydowanie za krótką, bowiem książkę można „połknąć” za jednym podejściem, o ile ma się akurat wolny wieczór.

Bohaterami książki jest gang motocyklistów - „Zagubieni Chłopcy – Nibylandia Original”, w skład którego wchodzą przede wszystkim Milczek, Kędzior, bliźniacy Pierwszy i Drugi, Stalówka, Kruszna oraz ich szefowa, epatująca seksapilem Dzwoneczek. Gangu dopełniają jeszcze nowicjusze zwani Dzieciakami. Cała brygada jeździ na ciężkich maszynach, odziewa się w skórzane kurtki i chętnie używa zarówno broni, jak i magii. A ponieważ wszyscy wciąż są chłopcami, którzy postanowili nigdy nie dorosnąć, pakują się regularnie w tarapaty, albo wyciągają z nich szukającą rozrywki matkującą im Dzwoneczek.

O sile książki stanowi wartka akcja, sprytnie wyjaśniająca zasady rządzące światem przedstawionym. Na ten przykład w jednym opowiadaniu dowiadujemy się, że można przemieszczać się w magiczny sposób przez tak zwany Skrót, ale nie wolno łamać trzech podstawowych zasad. Nic tu nie jest narzucone na siłę, narrator płynnie prowadzi akcję, nie narzucając swojego zdania i opinii, ani nie wyskakując co rusz ze swoją wiedzą. Pozwala to nie tylko płynnie przeniknąć przez kolejne zwroty fabuły, ale również i w bardzo prosty, przystępny sposób polubić wszystkich bohaterów. No bo jak nie lubić romantycznego w gruncie rzeczy Milczka, lekko zwichrowanych bliźniaków, czy niepotrafiącego zapanować nad własnym językiem Kędziora? Dorzućmy do tego jeszcze troskę gangu o sieroty, gdy organizują im zabawy w Wesołym Miasteczku czy wyjazdy do teatru. Otrzymujemy wówczas sensacyjną opowieść o niedojrzałych mężczyznach z gołębimi sercami. Nad wszystkim zaś unosi się nostalgia, która pozwala zatęsknić za utraconym czasem. Na pewno nie straconym przy tej lekturze. Dobra, młodzieżowa lektura.

Większe recenzje - SEPULTURA: BRAZYLIJSKA FURIA - Jason Korolenko

SEPULTURA: BRAZYLIJSKA FURIA
Sepultura
Jason Korolenko
wydawnictwo: In Rock
stron: 272 + kolorowa wkładka ze zdjęciami
ocena: 4/6

Każdy ma jakiś zespół, który wprowadził go w arkana ciężkiego grania i chociaż u mnie, jak u większości, była to Metallica i Slayer, to jednak Sepultura ze swoim „Arise” była pierwszym zespołem, który przekonał mnie do naprawdę mocnego uderzenia. Przyznaję również, że po albumie „Roots” i odejściu z formacji Maxa Cavalery straciłem grupę z oczu, choć co nieco z każdej kolejnej płyty słyszałem. Dziś nadarzyła się świetna okazja do przypomnienia sobie o fenomenie brazylijskiego dobra narodowego (kto nie wierzy w te słowa niech obejrzy film dokumentalny „Global Metal”) za sprawą wydanej właśnie biografii Sepultury. Lektura zaś okazała się nie tylko podróżą przez dzieje tego zespołu, ale również sentymentalnym cofnięciem się w czasy, gdzie i muzyka ekipy braci Cavalera i muzyki w ogóle znaczyła dla mnie dużo więcej niż dzisiaj.

„Sepultura: Brazylijska furia” to książka bardzo rzetelna. Autor, Jason Korolenko, skrupulatnie opisuje fakty, które doprowadziły do powstania zespołu, sięgając jednak dużo dalej, niż przeciętni biografowie. Wyszedł on bowiem z słusznego założenia, że aby w pełni zrozumieć fenomen grupy, należy uprzednio zapoznać się z realiami w jakich przyszło mu egzystować, by zrozumieć samą Brazylię. Dlatego też początek książki to niemal historyczny esej o kulturze i polityce tego południowoamerykańskiego kraju. I tu właśnie powstał twór, który odcisnął niebagatelne piętno na muzyce całego świata.

Początki wszystkich zespołów zasadniczo zawsze są podobne, tutaj jednak historia wygląda nieco inaczej. Dwaj bracia, Max i Igor, byli młodymi buntownikami, którzy notorycznie próbowali przetrwać państwie, gdzie polityka brutalnie kontrolowała wszelkie aspekty zagrażające „wolności”. Zaskakujące, ale nie jest to aż tak odległe od tego co się działo w naszym kraju w tym samym czasie, na początku lat 80-tych ubiegłego wieku. Ciekawostką jest również fakt, że w odróżnieniu od wielu innych młodych zespołów, ten od początku miał fenomenalnego perkusistę, bowiem Igor od dziecka ćwiczył brazylijskie samby i utwory rdzennych mieszkańców, do myśli nawet nie dopuszczając możliwości zrobienia na tym kariery. A ta rozpoczęła się brawurowo, gdy chłopcy wybrali się na koncert Queen. Wtedy też postanowili zostać muzykami. Reszta jest już historią. Kilka pierwszych zmian składu, obowiązkowo prowokujący wizerunek i teksty (ponieważ Brazylia to kraj głęboko chrześcijański, chłopcy postanowili stanąć w opozycji) i się zaczęło. Żelazny skład ustabilizował się dość szybko – do braci dołączył basista Paulo (nie umiał jeszcze grać, ale miał salę prób) i gitarzysta Jairo (którego szybko zastąpił Andreas Kisser). Jeśli weźmiemy pod uwagę, że zespół nagrał pierwszy materiał gdy średnia wieku oscylowała w granicach siedemnastki, a w wieku lat dwudziestu byli już gwiazdami światowej sławy mówi to co nieco o ich determinacji. I o tym właśnie jest ta książka. Pokazuje jak rodziła się przyjaźń i moc tego zespołu, jak ewoluowała muzyka (i poglądy). Wreszcie, co poróżniło bohaterów i jakie były tego skutki. Można powiedzieć, że jest to historia wyczerpująca, spinająca w klamrę trzydziestoletnie dzieje grupy, ale muszę dorzucić łyżkę dziegciu do tej pochwalnej recenzji. A jest nią tempo opowieści. Autor nie zatrzymuje się w zasadzie na drobiazgach, każdy rozdział leci według schematu – nagrywanie płyty, krótki opis zawartego na niej materiału, krótki opis trasy koncertowej ów album promujący. I od nowa. Zabrakło mi tu trochę większego skupienia na wczesnej twórczości (znamienne, że późniejsze płyty opisane są już wyczerpująco), dość pobieżnie potraktowano zwykłą prozę życia muzyków. Oczywiście konflikty, które doprowadziły do rozbicia zostały uwzględnione ze szczegółami, jednak nie da się pozbyć wrażenia, że całość jest nieco ugłaskana i stronnicza wobec samej Sepultury. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to książka warta polecenia wszystkim, którym owa nazwa nie jest obca. Nawet jeśli, podobnie jak ja, przestali śledzić twórczość grupy. Zaczynam powoli nadrabiać. Jest w czym wybierać.

P.s. Jak zwykle wydanie In Rock nie zawodzi. Oprócz gustownej okładki z wtłoczoną „eską” Sepultury załączono wkładkę z licznymi zdjęciami ze wszystkich okresów działalności.

The best of 2014 - czyli krótkie podsumowanie roku minionego. Blog klasyczny.

       Sto siedemnaście.
       Nowy rok trwa już od czterech dni, więc tradycyjnie pora podsumować poprzedni. Czemu zawsze to robię na początku stycznia, nie w grudniu? Może dlatego, że był to względnie spokojny rok, może dlatego, że od okolic kwietnia wpadłem w wir pracy, który nasilił się we wrześniu i ustąpił dopiero teraz. Ciężko więc powiedzieć coś konkretnego, poza tym, że skupił się on na pracy-pasji-rodzinie. I w tych kategoriach tradycyjnie go rozpatrzę.
        Praca w zasadzie łączy się z pasją, więc pozwolę sobie połączyć obie kategorie. W zawodzie kolejny raz zostałem wychowawcą, moi podopieczni zajęli trzecie miejsce w powiatowym konkursie zespołów teatralnych a moja uczennica została nagrodzona jako najlepsza aktorka. Cieszy mnie to tym bardziej, że sam napisałem i wyreżyserowałem ową sztukę. O reszcie nauczycielskiej doli rozpisywać się nie zamierzam. Widzę jednak efekty swojej pracy i to cieszy najbardziej. Poza tym wszedłem na wyższy poziom literackich poczynań. W tym roku ukazała się książka „Pradawne zło”, którą napisałem z Robertem Cichowlasem i do dziś cieszy się ona dużą popularnością, a jej recenzje dowodzą, że są jeszcze oprócz nas miłośnicy ostrego, staroszkolnego horroru. Fan klub i akcje z ową książką związane przeszły nasze oczekiwania. Ukazały się też papierowe wznowienia cyklu „BHO”, a on sam dorobił się już prężnej ekipy zafascynowanej światem. Mariusz „Orzeł” Wojteczek z Oficyną Wydawniczą Literat robi cuda, a ostro wspiera go w tym Bogdan Ruszkowski. Chłopaki – jesteście niesamowici. Do tego dochodzą opowiadania czytelników, z których najbardziej przypadły mi do gustu autorstwa Małgorzaty Gwary i Dextera Cucko. O tym więcej w nowym roku. Pojeździłem na konwenty, co nieco powykładałem, udzieliłem kilku wywiadów. Zrobiłem redakcję kilku książek, z czego największą dumą napawa mnie „Wybór Pism” Romana Dmowskiego. Niezależnie od jego poglądów (często dziś wypaczanych), możliwość pracy nad tekstem o takiej znamienitości była dla mnie zaszczytem. Wreszcie udało mi się skończyć trzy powieści (dwie opasłe z Robertem ) i wiele wskazuje na to, że w tym roku znajdą się one na półkach wszystkich księgarń.   No i na deser założyłem Staropolski Klub Fantastyki gdzie uczę dzieci i młodzież grać w RPG, karcianki i planszówki. Trafiliśmy nawet ze zdjęciem na kalendarz, hehe.
     Ostatnia pasja to muzyka, która przez pracę i powyższe działania zeszła na dalszy plan, dość powiedzieć, że nie ukazała się (niezależnie ode mnie) ani płyta WILCÓW, ani DAMAGE CASE, a nowa ACRYBIA powstaje w ślimaczym tempie. Zasadniczo odbyło się kilka koncertów, z których jestem wyjątkowo zadowolony, a najlepiej wspominam ten z Cytawy i z pięciolecia Deadthorn.
      Rodzina dała mi niesamowite wsparcie w ostatnim roku i nie wyobrażam sobie, żebym podołał morderczemu tempu pracy i pisania bez ich pomocy. Szczególne ukłony oddaję tu w stronę mojej żony, Dagmary, bez której niewątpliwie zagubiłbym się w odmętach codziennego życia. Udało nam się przy okazji wyjechać kilka razy w miejsca nam bliskie (Kraków, Warszawa) oraz poznać inne (Szczecinek, Lidzbark Warmiński). Najzabawniejszym „rodzinnym” epizodem był zaś mój udział w akcji „Tato polski” promującej ojcostwo. Do specjalnego folderu nie trafiłem (zapewne za sprawą dziar), ale za to wylądowałem na okładce wraz z mymi pociechami. Na okładce jest też Seba, a wewnątrz Robert, do zamieszania przyczynił się zaś Piotr Pocztarek. Prawda, że zabawne?


        Ogólnie, to był dobry rok. Nie szczególnie wyjątkowy, na pewno nie wyjątkowo szczęśliwy, ale dobry i wbrew pozorom spokojny. Przede wszystkim lepszy niż poprzednie. Poznałem kilku wspaniałych ludzi (Maciek, Seba), tym lepszych, że są to znajomości oparte na wspólnej pasji, a nie próbie wdrapania się po plecach czy zyskania taniego poklasku. Wiem, nie jestem postacią na tyle rozpoznawalną, ale cóż zrobić, że już parę razy przejechałem się na tym, że ludzie mnie lubią i zagadują z nadzieją, że coś im załatwię, pomogę wydać, itp. Ten rok obył się bez tego typu rozczarowań. Zamykam ostatecznie rozdział 2014. Czas iść ostro w nowy rok. Założeń i planów nie snuję. Wypracuję je sobie.

Pozostaje opisać swoje „the best of 2014”

MUZYKA
      W odróżnieniu od roku poprzedniego to był bardzo dobry rok. Trudno wybrać mi jedną płytę, sporo interesujących rzeczy rzuciło się mnie bowiem na uszy. Znakomitą płytę wydał BEHEMOTH, kapitalną VADER, totalnym zaskoczeniem i odkryciem był debiut ODRAZY, nie zawiódł powrót OBITUARY, dalej cieszą wyjadacze z BLOODBATH i VALLENFRYE (pytanie tylko dlaczego Holmes i McIntosh grają świetnie osobno, a w Paradajsach im to nie wychodzi?), znów zachwyca i prowokuje LUX OCCULTA. Odkryłem Marka Dyjaka i PORTAL. Żeby było jednak przewrotnie, wyróżniam szczególnie płytę KRVAVY „Wczerńotchłań” - muzykę wywodzącą się z hip-hopu, ale podróżującą przez wszystkie aspekty antymuzyki, będącą jednocześnie bardziej black-metalową i refleksyjno-filozoficzną niż większość nadętych osobowości sceny. Zostałem fanem i zbieram płyty Borysa. A innym gorąco polecam.


FILM:
       Tu się wypowiadać nie mogę, kto śledzi bloga, wie, że uprawiałem „mamoniostwo” i w zasadzie oglądałem (jeśli w ogóle miałem czas) to tylko to co już znałem, a z nowości widziałem tylko i wyłącznie „Ewolucję planety małp”. Nie wiem czy to najlepszy film roku. Jedyny jaki z nowych widziałem, a ponieważ bardzo mnie się podobał (szczegóły tutaj), to i tym razem go wspominam.


KSIĄŻKA:
      Znów ciężko się zdecydować. Jest o wiele lepiej niż w roku poprzednim. Szczególnie polska scena horroru dała o sobie mocno znać i trudno przejść obojętnie obok dokonań Magdaleny Kałużyńskiej, Stefana Dardy czy Piotra Kulpy. Zachwycam się wciąż „Vader: Wojna Totalna” Jarka Szubrychta. Nie wstydzę się tu też wspomnieć o swoim i Roberta „Pradawnym Złu”. W swojej klasie nie mieliśmy rywali. Nie zdołałem przeczytać wszystkich nowości, ale na podium stawiam „Golema” Gustava Meyernika. Świetnie, że wydawnictwo Vesper wydało go w takiej formie.


I tyle. To był dobry rok.

Większe recenzje - KOBIETY - Stanisława Kuszelewska-Rayska

KOBIETY
Stanisława Kuszelewska-Rayska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
stron: 432
ocena: 5/6
 
Żadne relacje nie są tak wstrząsające, jak te przekazane przez świadków na gorąco, zaraz po zdarzeniach. To czyni „Kobiety” Stanisławy Kuszelewskiej-Rayskiej jedną z najciekawszych pozycji z literatury wojennej wydanej w Polsce.


Czasami można mieć już dosyć martyrologii naszego narodu, szczególnie w okrągłą rocznicę Powstania Warszawskiego. Ludzie interesujący się historią mają cierpią zazwyczaj na przesyt informacji, powielania na okrągło tych samych wypowiedzi, dylematów, odwiecznego roztrząsania problemów. Czasami też opadają ręce, gdy widzi się jak niezorientowana w temacie jest młodzież, dla której już czasy odwilży komunistycznej są niepojęte i niewyobrażalne, a zdarzenia z okresu II wojny światowej to po prostu nierealna bajka. Dla jednych i drugich „Kobiety” objawią się jako lektura przebogata w treść i emocje, mimo iż składa się tak naprawdę z dwóch krótkich zbiorów opowiadań. Wszystkie one opierają się na prawdziwych historiach, których uczestniczką lub świadkiem była Stanisława Kuszelewska-Rayska, pisarka, tłumaczka, ale przede wszystkim członek Polskiej Organizacji Wojskowej, Armii Krajowej, uczestniczka Powstania Warszawskiego, w którym walczyła wraz ze swoją córką Ewą. Owe opowieści zostały zebrane w dwóch napisanych na uchodźstwie, wydanych zaraz po wojnie książkach: „Kobiety” (1946) i „Dziw życia” (1948). Zaskakujące, że dopiero teraz mogły one ujrzeć ponownie światło dzienne.

Historie tu zawarte to napisane świetnym językiem proste opowieści o zwykłych kobietach, które los rzucił w najstraszliwszy historycznie czas. Kuszelewska-Rayska potrafi zachwycić opisem, zaskoczyć trafnym spostrzeżeniem, by zaraz potem uderzyć zimnym, bezwzględnym przedstawieniem straszliwych faktów. Właśnie to czyni z tej książki utwór wyjątkowy, bo nie ma tu żadnej kalkulacji, wspominania dziejów minionych. Autorka przedstawia wydarzenia, które rozegrały się całkiem niedawno, których była świadkiem i ofiarą. Nie oszczędza tutaj ani Niemców, ani tym bardziej Armii Czerwonej, której bestialstwo i okrucieństwo odcisnęło się najmocniej w zbiorze „Dziw Życia”. To co przejmuje najbardziej, to fakt, że Kuszelewska-Rayska nikogo nie demonizuje, nikogo nie tłumaczy, jak to często bywało w wydawanej później literaturze wojennej. Przedstawia jedynie fakty, opowiada historie, które po prostu się zdarzyły, zarówno w okupowanej Warszawie, jak i już po „wyzwoleniu”. Czytelnik wnioski może wyciągać sobie sam. Pomaga w tym trochę posłowie Sławomira Cenkiewicza, który opisuje wstrząsający życiorys autorki. Jest to lektura, obok której nie da się przejść obojętnie.

Większe recenzja - RIO ANACONDA - Wojciech Cejrowski

RIO ANACONDA
Wojciech Cejrowski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
stron: 438
ocena: 5/6

Na temat literackiej twórczości Wojciecha Cejrowskiego wypowiadałem się nie raz, więc powtarzać się nie zamierzam. „Rio Anaconda” doskonale wpasowuje się pomiędzy „Gringo wśród dzikich plemion” a „Wyspę na prerii”. Miałem to szczęście przeczytać ją właśnie jako trzecią z kolei i może to zaważyło na moim osądzie, niemniej uważam, że jest to pomost między barwnymi opowieściami z różnych podróży zamieszczonych w „Gringo...” a zabawną powieścią o odmiennej kulturze w „Wyspie...”. „Rio Anaconda” to bowiem powieść poprowadzona zgodnie z kanonem literatury od wstrząsającego początku (Hitchcockowskie trzęsienie ziemi musi być!) przez stopniowe odsłanianie kart, rozszerzenie całości, po wyciszający, skłaniający do refleksji finał. Na pewno jednak zaskoczy tych, którzy zachwycali się poprzednimi (lub późniejszymi – bo wierzę, że będzie ich więcej) publikacjami autora, bowiem w miejsce następujących po sobie kolejnych anegdot otrzymujemy rozbudowaną opowieść o rodzącej się przyjaźni autora z ostatnim szamanem z plemienia carapana.

Ci, którzy obawiają się braku humoru, tak specyficznego dla WC, mogą być spokojni. Ten również się pojawia, w dalszej części wręcz w ilościach ogromnych, niemniej, trzeba przyznać, że widać ogrom pracy jaki autor włożył w stworzenie spójnej i intrygującej historii, która ma na celu nie tylko przedstawienie niezwykłego, zapomnianego przez cywilizowany świat i czas plemienia, ale przede wszystkim to książka o magii i duchowości, a także poszukiwaniu, czy raczej odnajdywaniu Boga, lub jeśli ktoś woli, Istoty Wyższej, czy też potęgi Matki Natury. Cejrowski przybliża indiańskie wierzenia i rytuały, opisuje tradycje i przesądy, z których wyłania się obraz jednoznacznie pokazujący, że człowiek nie jest panem tego świata. Co ciekawe, robi to bez spodziewanego po nim moralizatorstwa, bez natręctwa, właśnie poprzez rozbudowaną historię przyjaźni, której podwalinami są rozległe filozoficzne, ale i czasem frywolne rozmowy z Angelino. Pozwala to nie tylko bliżej poznać mentalność i zwyczaje Indian, sprawia to także, że zaczynamy rozumieć ich postępowanie, ba, czasem wręcz można dojść do wniosku, że to w nich zachowała się prawdziwa mądrość ludzkości, nieskażona współczesną cywilizacją.

Wnioski, które tutaj wysnuwam, również nie są podane na tacy, co więcej, przyznaję, że mogę się mylić. Dlatego niech nie obawiają się ci, którzy szukają w książce jedynie dobrej rozrywki osadzonej w egzotycznym miejscu. Tutaj również WC nie zawodzi, czego najlepszym dowodem jest fragment poświęcony życiu erotycznemu Indian, a szczególnie scena, w której szaman namawia autora do podglądania pary małżonków, by upewnić się, że kochają się we właściwy sposób, bowiem z niewiadomych przyczyn z ich związku wciąż nie narodziło się żadne dziecko. Nie zamierzam uchylić nawet rąbka tej przezabawnej opowieści, podziwiam jedynie język WC, który w tym rozdziale opisał wszystko bardzo dokładnie i szczegółowo, jednocześnie w sposób bardzo delikatny i wysublimowany, rzec by można subtelny i nieśmiały.

Koniec końców, jak wspominałem, „Rio Anaconda” jest pomostem między „Gringo wśród dzikich plemion” a „Wyspą na prerii”, pomiędzy zabawnymi (bądź pasjonującymi) opowiastkami a żartobliwym zgłębianiem obcej nam, Polakom, kultury. Jak każdy pomost nasycony jest dozą metafizyki i mistycyzmu, a jednak wciąż jest wyborną i pełną humoru książkę podróżniczą.

Większe recenzj - GRINGO WŚRÓD DZIKICH PLEMION - Wojciech Cejrowski

GRINGO WŚRÓD DZIKICH PLEMION
Wojciech Cejrowski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
stron: 304
ocena: 6/6

Jak można napisać coś odkrywczego o książce, która jest jednym z największych polskich bestsellerów (od dnia wydania zdobyła ponad pół miliona nabywców) i w zasadzie uczyniła z Wojciecha Cejrowskiego sławnego dziś podróżnika (w miejsce radykalnego wcześniej satyryka i radiowca)? Nie wiem i nie będę nawet próbował, bo wielokrotnie podkreślałem, że poglądy i zachowanie pana WC kompletnie mnie nie interesuje. Każdy powinien żyć własnym życiem i szkoda, że tak wiele osób o tym zapomina. Dlatego nie zamierzam się odnosić ani do ostatniej „afery” z empikiem, ani żadnych innych wypowiedzi Gringo, poza tymi, które pojawiają się w omawianej książce. A to co tutaj otrzymujemy, to wyborne opowieści podróżnicze w stylu Ferdynanda Ossendowskiego podlane sosem humoru á la Terry Pratchett. Całości dopełniają wspaniałe zdjęcia i morały kończące każdą opowieść. Bez obaw, nie są to moralizatorskie nauki, a jedynie celne spostrzeżenia, które warto zapamiętać myśląc o podróżach do egzotycznych miejsc.

„Gringo wśród dzikich plemion” to tytuł przewrotny, bowiem nie oddaje w pełni tego, z czym będziemy mieli do czynienia. Pierwsza część książki to podróże po Ameryce Południowej i kontakty z rdzennymi mieszkańcami tego kontynentu. Dominuje tu nastrój refleksyjny. Indianie, których spotyka Cejrowski, a którzy nierzadko nigdy wcześniej nie widzieli białego człowieka, są ludźmi żyjącymi tak, jakby czas się dla nich zatrzymał tysiące lat temu. Co jednak najciekawsze, nawet przez moment nie da się odczuć, że są w jakikolwiek sposób „zacofani”, prędzej odnosi się wrażenie, że to oni są „oświeceni” poprzez swoje życie w zgodzie z naturą i z dala zdobyczy współczesnej cywilizacji. Prawdziwym dzikim jawi się tutaj biały człowiek.

Wymowę tę podkreślają kolejne rozdziały, składające się na drugą, bardziej sensacyjną część, opowiada o podróżach autora przez kraje na tym samym kontynencie, ale kraje „cywilizowane”. Tu zaś rządzi w najlepszym razie idiotyczna biurokracja, częściej, niestety, bojówki, bandyci, handlarze narkotyków, zmieniające się rządy – zasadniczo wszyscy, którzy aktualnie mają broń i są gotowi jej użyć. To tutaj wychodzi „dzikość” z ludzkich plemion, to tutaj podróżnik WC musi stanąć na głowie by wykaraskać się z kłopotliwych sytuacji, przyznając się wielokrotnie do ataków skrajnej paniki, która tutaj zostaje spersonifikowana w postaci odrażającego, włochatego stwora.

I w taki sposób dochodzimy do najważniejszego aspektu tej książki. Przesłanie jakie niesie ten zbiór opowieści jest jasne, walory poznawczo-podróżnicze też są niebagatelne i zawsze atrakcyjne, ale najistotniejszy jest wspominany już wcześniej humor autora i jego niezwykła zdolność do gawędziarstwa, gdzie momentami nie jest już istotne, czy dana historia nie jest aby nadmiernie podkoloryzowana. Ważne, że świetnie się to czyta, a wspomniane nawiązania do Pratchetta (do których autor się zresztą przyznaje) w licznych przypisach żyjących czasem własnym życiem, czynią ową lekturę jeszcze zabawniejszą. Ciekawostką jest ostatni rozdział - „Blondynka w dżungli” opisująca wspólną podróż z ówczesną żoną Cejrowskiego, Beatą Pawlikowską. Jest to mało subtelne nawiązanie do wydanej dwa lata wcześniej książki podróżniczki o tym samym tytule. Znając tempo pracy WC niewykluczone, że obie powstawały równocześnie. Podczas gdy pani Beata opublikowała do tej pory trzydzieści trzy powieści podróżnicze, pan Wojciech zaledwie trzy. Stosunek ilości do jakości jest nad wyraz przejrzysty, czego przykładem jest właśnie „Gringo wśród dzikich plemion”. Niewątpliwie najlepsza książka podróżnicza jaką miałem okazję czytać.