sobota, 20 grudnia 2014

Blog klasyczny - Zaczął się urlop

           Sto trzynaście.
           Minął ponad miesiąc od mojego ostatniego oficjalnego wpisu... Świadczy to ewidentnie o tym, że byłem baaardzo zajęty. Rzeczywiście, minione sześć miesięcy wydarło mi z życia wiele godzin snu, a mnie samemu udało się ustanowić rekordy przepracowania. Dość powiedzieć, że przez te sześć miesięcy nie miałem nawet jednego wolnego dnia, nie wspominając o weekendzie, a doba zdecydowanie była za krótka, bo spałem ledwie po cztery, pięć godzin. Teraz mam urlop, zamykają mnie się oczy ze zmęczenia, a ja się cieszę, bo wiem, że nawet jak teraz zasnę nad klawiaturą, to nic się nie wydarzy, bo nic nie muszę. W tym roku już na pewno nie.
             Nie ukrywam, że cały rok był wyjątkowo pracowity, a jedynie druga połowa wkroczyła na poziom „nightmare”, ale nie ma tego złego co na dobre nie wyjdzie. Wszystko na to wskazuje, że w przyszłym roku ukażą się trzy moje powieści, z czego dwie napisałem z Robertem Cichowlasem. Chcecie więcej szczegółów? Proszę. Jedna to zapowiadany już wcześniej „BHO 3: Oko cyklonu”. Wyjdzie w Oficynie Wydawniczej Literat, jak dobrze pójdzie to na początku roku. Co tam będzie? Maks, Stonka, Słowianie, dużo zdrad, spisków i śmierci. Druga powieść to naprawdę duża rzecz (rozmiarowo), a więc wspominani już kiedyś „Utrapieni”. Znaleźliśmy wreszcie wydawcę, który nie boi się puścić tej książki w takiej wersji, w jakiej ją napisaliśmy, a więc bezkompromisowego horroru z demonami Słowian w rolach głównych. Trzecia powieść to zaś jeszcze większe rozmiarowo „dzieło”, tym bardziej, że będące pierwszym tomem z trylogii (część drugiego tomu już też mamy!). Nie mogę jeszcze zdradzić o czym to będzie, ale jak powiem, że i tu będą Słowianie, to pewnie nikogo nie zdziwi, hehe. A żona mi mówi, że w moich tekstach to tylko o maltretowanym sromie, który jest dominującym aspektem mojej twórczości.
           Jak widać, w tym roku nie skończyliśmy „Nienasyconego” (po prawdzie, to nawet go nie ruszyliśmy), ja nie miałem czasu przysiąść do poprawek „Wolfenweldu” i swoich bajek. Marzę, że zrobię to w najbliższych tygodniach, ale się nie nastawiam.
        Napisałem i wyreżyserowałem sztukę teatralną, którą wystawiłem z moimi uczniami na powiatowym przeglądzie amatorskich grup teatralnych. Zajęliśmy trzecie miejsce, a moja uczennica otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki. Dla takich chwil warto być belfrem.
         Byłem znów w Szczecinku. Było wspaniale, więcej szczegółów wkrótce, póki co, mały lans telewizyjny. Wideo tutaj.
         Zupełnie nie miałem czasu na muzykę. Zasadniczo DC jeszcze coś tam koncertowało, ale tutaj pojawiają się problemy, o których pisać tu nie zamierzam. Nie dziś. Za to czekam kiedy w końcu ukażą się WILCY, a reszta gości nagra swoje partie na materiał ACRYBII. Myślę, że przyszły rok będzie dla mnie decydujący muzycznie, bo jeśli nie uda się zrealizować pewnych rzeczy profesjonalnie, to czas najwyższy będzie dać sobie spokój. Na szczęście mam jeszcze kilka pomysłów w zanadrzu.
      Jeszcze przypomnę, że na dniach ukaże się „Horror klasy B”, a więc prawdopodobnie mój przedostatni zbiór opowiadań. W większości to teksty znane, ale podane w formie nietypowej, co więcej, to ziszczenie marzenia, które nosiłem w sobie od dawna. Gorąco zapraszam i z góry przepraszam. Tytuł wszak mówi wszystko. A dlaczego przedostatni? Bo myślę, że jeszcze spróbuję wydać w przyszłym roku „Królestwo gore”, zbiór moich najmocniejszych (starych i nowych) tekstów, a potem odpuszczę sobie. Wolę jednak powieści. Pisać i czytać. Przejadłem się opowiadaniami. Ten rok pokazał mi, że chyba jednak będę mógł się kiedyś nazwać „powieściopisarzem”.
Tyle na dziś.

Na tapecie:

Oto dowód na moje zapracowanie. Miesiąc od ostatniego wpisu i trzy filmy w tym czasie. Ale cóż...:

FILM:

„Pokłosie” Władysław Pasikowski. Zaskakująco dobry polski thriller opowiadający historię odium ciążącego nad pewną rodziną, w niewielkiej wiosce, do której wraca po latach z Ameryki główny bohater. Historyczny wydźwięk, sprawna realizacja pozwalają pochwalić tytuł, choć muszę przyczepić się do nadmiernie moralizatorskiej końcówki i ponarzekać, że większości można się było domyślić już w połowie. Niemniej, duże brawa. Dobry przykład, że w Polsce da się robić niezłe kino.


„Jak się pozbyć cellulitu?” Andrzej Saramonowicz. A tu z kolei przykład, jak można nakręcić coś kompletnie głupiego. Film tak idiotyczny, że nie będę go nawet omawiał, wspomnę o nim tylko dlatego, że w tej tandetnej komedyjce o seryjnym mordercy zafascynowały mnie zdjęcia, jakich żaden horror by się nie powstydził. Dowód na to, że w Polsce można. 

„Transformers 3” Michael Bay. Po latach trzecia część historii o robotach-samochodach jawi mnie się jako najciekawsza wizualnie (ta brutalność walk) i najbardziej spójna fabularnie. Czyli zasadniczo najlepsza. Czemu więc ogólnie czuję się rozczarowany? Jak nic się starzeję.

KSIĄŻKI:
Książek natomiast było bardzo dużo i o wszystkich już na blogu było (lub wkrótce będzie), więc tutaj tylko krótka wzmianka o dwóch powieściach znakomitych:

 „Ymar” i „Alvethor” Magdalena M. Kałużyńska. 
 
Mówić, czy pisać o prozie Magdy, to jak próbować opisać pęd buldożera. Z górki. Celowo wzbraniałem się przed jej twórczością, badając do tej pory jej opowiadania i wypowiedzi internetowe. Obawiałem się, że wszystkie pochwały, które słyszałem okażą się na wyrost, a Magda będzie tylko wyjątkowo wygadanym internautą. Sypię teraz głowę popiołem i chowam się ze wstydu, bo „Ymar” to jedna z najlepszych, a już na pewno najbardziej oryginalnych powieści grozy w Polsce, którą po prostu każdy miłośnik gatunku poznać musi. Z miejsca stawiam autorkę na podium i chylę czoła w uznaniu. „Alvethor” to z kolei nowość, której obszerną recenzję zamieszczę niedługo w Grabarzu Polskim, dlatego więc powiem krótko. Tu jest jeszcze oryginalniej i jeszcze bardziej intrygująco, a poziom przygotowania do stworzenia tej powieści powoduje, że wspomniane wyżej określenie samego siebie jako „powieściopisarza” było bardzo na wyrost. Kwantyfikacja tezy. Strzeżcie się pisarzyny! Kałużyńska nadchodzi!

Większe recenzje - BADACZ POTWORÓW - Rick Yancey

BADACZ POTWORÓW
The Monstrumologist #1
Rick Yancey
wydawnictwo: Jaguar
stron: 464
ocena: 6/6


Bardzo zaskoczyłem się przy lekturze tej książki. Spodziewałem się typowej „młodzieżówki”, tymczasem dostałem powieść ambitną, trzymającą w napięciu i nie pozbawioną naprawdę krwawych momentów. Aż w pewnym momencie musiałem spojrzeć na etykietę. I rzeczywiście, książka od lat 14-stu. Potem znów przeczytałem kolejny rozdział i doszedłem do wniosku, że niekoniecznie powinny to czytać dzieci. Czy jednak na pewno?

Will James Henry to dwunastoletni sierota, który zostaje asystentem doktora Pelinore'a Warthrope'a. Inicjacja do zawodu okazuje się nad wyraz dramatyczna, oto bowiem pewnego wieczoru do domu mistrza przychodzi złodziej zwłok z szokującym znaleziskiem. Już wkrótce Will dowie się więcej o śmierci swoich rodziców, doktorze Warthropie i jego zajęciu niż kiedykolwiek pragnął. A czytelnik stanie u bram wykwintnego, niezwykle plastycznego, ale i mocnego horroru.

Omawiana powieść to pierwszy tom cyklu o monstrumologu, czyli badaczu potworów, którym jest doktor Warthrope. I choć zazwyczaj kręcę nosem na opisy na okładkach, to tym razem informacja, że mamy do czynienia z czymś „pomiędzy Mary Shelley a Stephenem Kingiem” jest jak najbardziej prawdziwa! Yancey mistrzowsko składa hołd klasycznym opowieściom grozy misternie budując napięcie i nastrój opowieści (nie zabrakło, jakże kanonicznych w tego typu literaturze, retrospekcji o podróżach okrętem), rozwijając akcję niespiesznie, w niektórych momentach celowo uderzając w czytelnika solidną dawką makabry i potworności. To literatura wysmakowana i na swój sposób elitarna, przypominająca mi najlepsze czasy młodości, gdy zaczytywałem się różnego rodzaju powieściami podróżniczymi, indiańskimi i awanturniczymi, próżno szukając w nich jednak prawdziwej grozy. Tę oferował nieco później Amber i Phantom Press, na zawsze wypaczając mój gust. Strach pomyśleć, jak wspaniale wyglądałaby dzisiejsza scena polskiego horroru, gdybyśmy mieli dostęp do tego typu książek. Makabrycznych i brutalnych jak cała ta wspomniana tandeta, ale jednocześnie znakomicie napisanych i perfekcyjnie skonstruowanych.

„Badacz potworów” imponuje bowiem rozmachem. Jest to historia młodego chłopaka, który najpierw dowiaduje się, że jego ojciec był pomocnikiem Warthrope'a i wiedział o wszystkich jego makabrycznych praktykach, doktor zaś również kontynuuje rodzinną tradycję, a z braku pomocników korzysta z pomocy małego Willa. W ten sposób chłopiec dowiaduje się o istnieniu antropofagów bezgłowych potworów żywiących się ludzkim mięsem. Cała powieść koncentruje się na rozwikłaniu misternej tajemnicy skąd wzięły się na Nowym Kontynencie (akcja rozgrywa się, jak przystało, w XIX wieku), ile ich jest i jak je powstrzymać. Szokują już pierwsze opisy sekcji zwłok, jakich dokonuje doktor próbując dojść przyczyny śmierci pierwszego znalezionego antropofaga. Wywlekanie z gardła zdartej twarzy dziewczyny, czy wyciąganie z jej ciała płodu potwora to dopiero przedsmak tego, co przygotował autor. Proszę mi wierzyć, pod względem makabry i brutalności w niczym nie ustępuje on „dorosłym” pisarzom, a większość z nich nawet przewyższa (scena ataku antropofagów na wielodzietną rodzinę i skutki tegoż zostają na długo w pamięci!). Co jednak istotne, najważniejszą rolę odgrywa tu przygoda i tajemnica, które składają się na znakomitą i wyjątkową powieść. Niektórym oczywiście może przeszkadzać to, co dla mnie jest największą siłą tej powieści, a więc liczne rozmowy, nauki i dywagacje między Warthropem i jego uczniem, ale także i innymi postaciami. Przypomina mnie to kolejny znamienity tytuł, a raczej twórczość Arthura Conan Doyle'a. Poza tym pogłębia to relację i więź między głównymi bohaterami, ale także i czytelnikiem. Jeśli dzisiejsza młodzież będzie czytać takie książki, to o przyszłość polskiego horroru mogę być spokojny. Gorąco polecam i młodszym i starszym!

Większe recenzje - KUBA I MELA: DODAJ DO ZNAJOMYCH - Orłoś, Sawka

KUBA I MELA. DODAJ DO ZNAJOMYCH
Maciej Orłoś, Henryk Sawka
wydawnictwo Jaguar
stron: 260
ocena: 4/6

Kubę i Melę poznałem w pracy. Dzięki ciągle zmieniającym się podręcznikom i programom szkolnym, trafiłem na fragment czytanki, która przypadła do gustu chyba bardziej mnie, niż moim uczniom. Cóż poradzę, że opis tego jak Kuba pisze wypracowanie i przygotowuje się do lekcji nad wyraz mocno przypomniał mi sceny z życia, których tutaj przytaczać nie będę, bo blog od początku miał się obyć bez bardziej osobistych wycieczek. Tak czy inaczej, ubawiłem się przy lekturze na tyle mocno, że postanowiłem, że przy najbliższej okazji zapoznam się z pełnią twórczości Macieja Orłosia.

Tak, za „Kuba i Mela. Dodaj do znajomych” odpowiada jeden z najbardziej znanych dziennikarzy i prezenterów telewizyjnych, Maciej Orłoś. Barwne historie jego dzieci rysunkami uzupełnił Henryk Sawka, tworząc w ten sposób wydawnictwo, które może konkurować ze sławetnym Mikołajkiem Sempe i Gościnnego. Przynajmniej w teorii, trudno bowiem konkurować z klasyką wydaną pięćdziesiąt lat temu.

Kuba i Mela to rodzeństwo (chłopiec w czwartej klasie, dziewczynka w pierwszej), które ma typowe przygody i marzenia dla dzieci w tym wieku. A więc, a to koleżanka denerwuje, a to trzeba zaimponować kumplom, a to coś w szkole zadali, a to znów nie ma jakiegoś popularnego gadżetu. I to jest pierwsza rzecz, jaka się rzuca w oczy, w trakcie lektury. Ja wiem, że dzisiaj mamy zupełnie inne czasy, niż w archaicznym już momentami „Mikołajku”, ale czy rzeczywiście aż tak zdominowane przez technologię, że co dzieci mówią już tylko o Smartfonach, PSP, Wii, Iphonach i Tabletach? Jestem tatą dwójki, wychowawcą dziewiętnastki, nauczycielem blisko setki i chyba aż tak źle to nie jest... Z drugiej jednak strony, wszystko jest względne i zależne od rodzica właśnie, a w tym momencie to ja wychodzę na starego zgreda. Nie pierwszy zresztą raz. Ważne, że dzieci te również czytają, grają z rodzicami w gry (planszowe i karciane, żeby było jasne), jeżdżą na wycieczki, chodzą z nimi na spacery, a więc nie zostają pozostawione samym sobie. Czas więc się przestawić i nie narzekać na pęd czasu i technologii.

Co więc wtedy nam zostanie? Przezabawna książeczka, w której doszukamy się mniej lub bardziej oczywistych nawiązań do Mikołajka (tam na przykład tatuś psuł rower synka, tutaj „tylko” demoluje pokój próbując nauczyć się grać w tenisa na konsoli), ale przede wszystkim wesołych opowieści ukazujących nam świat oczyma dzieci. Podobno autor konsultował każdą historię z dziećmi (nietrudno się domyślić, że Mela i Kuba to prawdziwe postacie, prawda?) i każda wydarzyła się naprawdę. Jeśli tak, to tym bardziej przejmująco wypada historia o wycieczce, a jeszcze więcej zabawy dostarcza taki „Aparat ortodontyczny”. Dlaczego? Bo w każdej z tych opowieści, to rodzice okazują się tymi bardziej bezradnymi, zagubionymi w życiu postaciami, które dla dzieci są najzwyczajniej dziwne. I kiedy tak pomyślę o tym i spojrzę jak moja córka zaśmiewa się podczas lektury, to zastanawiam się, czy my, dorośli, rzeczywiście jesteśmy tak zabawni? Wychodzi na to, że tak. Dlatego „Kuba i Mela” to książka dla wszystkich. Może nie tak doskonała, jak kultowy Mikołajek, ale na pewno nie mniej zabawna. Warto się zapoznać.

wtorek, 16 grudnia 2014

Większe recenzje - SYNOWIE ANARCHII - Colden, Couceiro

SYNOWIE ANARCHII
Sons of Anarchy
Christopher Golden, Damian Couceiro
wydawnictwo Sine Qua Non
stron:180
ocena: 5/6

I znów wyjdę na ignoranta, bo o Synach Anarchii dowiedziałem się dopiero w te wakacje, podczas Gryfconu w Szczecinku, gdy Maciej Lewandowski zachwycał się odniesieniami do serialu w „Doktorze Śnie” Stephena Kinga. Ja tam żadnych nawiązań nie widziałem, bo i nie znałem oryginału. Propozycja zapoznania się z tytułem również nie trafiła na podatny grunt, bowiem mój tak zwany czas wolny pozwala mi raz na jakiś czas obejrzeć odcinek „Latającego Cyrku Monty Pythona”, o ile włączę go na DVD i po drodze nie zasnę. Tak też o Synach Anarchii zapomniałem i trwałem w stanie błogiej nieświadomości, dopóki nie trafił w me ręce ów komiks autorstwa Christophera Goldena i Damiana Couceiro. Niniejszym zaznaczam, że nie będę się zachwycał tym, że akcja komiksu biegnie równolegle do sezonu piątego, rozwijając wątki z czwartego, bo wiem to z opisu na okładce i osobiście ani mnie to grzeje ani ziębi. Bo powiedzmy szczerze, czy ta wiedza jest mi potrzebna, żeby docenić świetny komiks?

The Sons of Anarchy Motorcycle Club Redwood Original SAMCRO, to pierwszy, najstarszy gang Synów Anarchii. Banda twarzowych, odzianych w skóry i dżinsy twardzieli na potężnych maszynach, którzy są z prawem na bakier a i w półświatku nie mają zbyt wielu przyjaciół. Jednym z nich jest Tig, człowiek, który wciąż nie może pozbierać się po tragicznej śmierci córki. Do niego zgłasza się Kendra, córka jego dawnego druha, Hermana Kozika. Dziewczyna jest ścigana przez bardzo niebezpiecznych kryminalistów. Tig, stale szukający kłopotów, decyduje się jej pomóc, zanim tak naprawdę dowie się o co chodzi. Ściąga tym samym na Synów Anarchii spore kłopoty, ale dla takich twardzieli to przecież codzienność. Czeka nas więc sto osiemdziesiąt stron brutalnych pojedynków, krwawych strzelanin i dzikich pościgów.

Fabuła jest wspaniała, genialnie lawirując pomiędzy kipiącymi od testosteronu latami osiemdziesiątymi, a dylematami moralnymi znanymi z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Zaskakujące, że udało się w komiksie zawrzeć tyle akcji i wątków, że w żaden sposób nie ustępuje on dobrym filmom sensacyjnym. Jest to niewątpliwie zasługa Christophera Goldena, który napisał ów wzorcowy scenariusz, ale główne brawa moim zdaniem należą się Damianowi Couceiro. To jego kreska sprawia, że kolejne kadry ożywają i wprost rozsadza je dynamika. Ile pracy w to włożył można zobaczyć studiując dołączone do zeszytu obrazki prezentujące anatomię tempa, czyli kolejne etapy tworzenia kilku przykładowych stron. Wracając jednak do samych kadrów. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie brutalność, nie ukrywana, ale i nie przerysowana, akurat taka, by podkreślić bezlitosną wymowę komiksu. Drugim plusem jest staranność w odtworzeniu twarzy głównych bohaterów. Jak już wspominałem nie znam serialu, ale bez problemu mogłem rozpoznać kogo w filmie gra Ron Perlman czy Katey Sagal. Powiem więc z własnego punktu widzenia, niezależnego od serialu. To brawurowy i bardzo dobry komiks, który fani gatunku powinni mieć na półce. Jako ostateczne dowody dorzucam świetne tłumaczenie Bartosza Czartoryskiego, fenomenalne wydanie (twarda oprawa, wewnątrz kadry z filmu, alternatywne okładki) i na deser plakat filmowy. Czego chcieć więcej?

Większe recenzje - UPADEK GUBERNATORA cz.2 - Kirkman, Bonansinga

UPADEK GUBERNATORA
The Fall of the Governor. Part Two.
Robert Kirkman, Jay Bonansinga
wydawnictwo Sine Qua Non
stron: 290
ocena: 6/6

Na temat swojej znajomości uniwersum „The Walking Dead” wypowiadałem się już poprzednim razem, ale powtórzę. Widziałem dwa odcinki serialu. Czytałem trzy komiksy. Nie grałem w żadną grę. Jestem fanem książek. Dlaczego o tym piszę? Bo słyszałem, że cykl literacki o Gubernatorze ukazuje z innej perspektywy wydarzenia przedstawione w komiksie i serialu, co dla jednych jest plusem, dla innych minusem. Ja podchodzę do tego na spokojnie, bo praktycznie nic o tym nie wiem, badam jedynie historię opowiedzianą w czterech kolejnych tomach, których omawiana książka jest zwieńczeniem i ukoronowaniem. Tragiczna opowieść o psychopacie, który stanął na czele utopijnego społeczeństwa przeradzając życie ocalałych po apokalipsie zombie ludzi w koszmar wreszcie dobiega końca. W wielkim stylu i z przytupem. Mam nadzieję, że malkontenci narzekający na (według nich) rozciągnięty i naciągany tom trzeci, zrozumieją zamysł twórców, którzy do tej pory oszczędzali czytelnika.

Phillip Blake, szalony, samozwańczy gubernator Woodbury cudem ocalał od śmierci, brutalnie okaleczony przez niezłomną Michonne. Teraz, gdy z trudem powraca do zdrowia, w jego społeczności zaczynają pojawiać się coraz poważniejsze pęknięcia i zgrzyty. Przerażeni ludzie nie potrafią odnaleźć się w sytuacji, przyzwyczajeni do rządów tyrana nie wiedzą co robić bez niego. Najbardziej skonsternowana sytuacją jest Lilly, która oczekuje dziecka i liczy, że właśnie tutaj, w Woodbury, uda jej się znaleźć namiastkę spokoju i szczęścia. Kiedy jednak Blake wtajemnicza ją w swoje plany, czuje, że musi o swe marzenia zawalczyć. Staje się jednym z najbardziej oddanych żołnierzy gubernatora, którego jedynym celem jest teraz zniszczenie społeczności zamieszkującej więzienie. Eskalacja konfliktu przybiera imponujący rozmiar, a w świecie żywych trupów trudno jest znaleźć zwycięzcę. Czyżby ludzkość po prostu przegrała?

Wspominając o malkontentach narzekających na tom trzeci zdradziłem się, że zwróciłem uwagę na opinię innych. Mnie poprzednik bardzo się podobał, jednak byłem bardzo ciekaw, co autorzy zrobią by przywrócić do życia/sprawności tytułowego bohatera. Nie ukrywam bowiem, że to facet, który jak rzadko która postać literacka irytował mnie ponad wszelką normę. Dawno nie czytałem tak intrygującego przedstawienia psychopaty, mogąc jednocześnie obserwować jego postępujący obłęd i swoją narastającą niechęć i nienawiść do niego. I naprawdę cieszyłem się z finału tomu trzeciego. Jak się jednak okazało, autorzy mieli w zanadrzu jeszcze kilka asów i postanowili dać odejść gubernatorowi w jeszcze bardziej spektakularny sposób, a przy tym pozwolić mu dokonać jeszcze kilku ohydnych czynów (wyrywanie zębów trzymanej w ukryciu „córce”) aż po całkowite zdegradowanie całej społeczności. „Upadek Gubernatora cz.2” pokazuje bowiem nie tylko jak nisko upadł przywódca Woodbury, ale jak podążyli za nim zapatrzeni w niego, przestraszeni ludzie. Niemalże przypadkiem autorzy ukazali tutaj schematy państw totalitarnych, gdzie zwyczajni osobnicy dopuszczali się zbrodni w imię idei. Widać to najlepiej na przykładzie Lilly, która w pewnym momencie traci wszystko czego pragnęła i zaślepiona rozpędza się w nienawiści tak daleko, że przekracza najstraszniejszą granicę. Po raz kolejny Kirkman i Bonansinga udowodnili, że powieści o zombie to nie banalne opowiastki gore, ale przejmujące i gorzkie stadia ludzkich zachowań. Szczególnie, że w tym tomie zombie występują marginalnie, a większą jej część stanowi walka i bitwa dwóch ugrupowań ocalałych. Nie wiem, czego spodziewać się po dalszych tomach cyklu, ale wiem, że trudno będzie przebić poziom tej książki.

Większe recenzje - RYZYKOWNY UKŁAD - Caitlin Kittredge

RYZYKOWNY UKŁAD
Street Magic. A Black London Novel
Catlin Kittredge
wydawnictwo Jaguar
stron: 391
ocena: 5/6

Zaczytując się w ostatnich czasach książkami ukazującymi się pod szyldem Jaguar przyzwyczaiłem się do lektur lekkich i przyjemnych, względnie przepełnionych wartką akcją, ale mimo wszystko bezpiecznych. Dlatego bardzo zdziwiłem się podczas lektury „Ryzykownego układu”, gdy bohaterowie od pierwszych stron nie unikali papierosów i innych używek, a zwrot „rzucamy mięsem” można było zrozumieć zarówno metaforycznie, jak i dosłownie. Przyznaję, że potrzebowałem kilkunastu kolejnych stron, żeby przestawić się na powieść dla starszej młodzieży. I tym sposobem odkryłem świetną książkę z jednym z najbardziej niezwykłych duetów bohaterów, jakie w ostatnich czasach czytałem.

Wiele lat temu Jack Winter był uwielbianym przez towarzystwo nastolatkiem, z rodzaju tych, którzy problemy mają wypisane na czole. Pewnego tragicznego wieczoru wraz z grupką znajomych, wśród których była młodziutka siostra jego ówczesnej dziewczyny, Pete Caldecott, włamał się do grobowca na cmentarzu, gdzie dla zabawy próbowali wywołać ducha. Historia skończyła się dla Jacka tragicznie, a Pete długo nie mogła poradzić sobie z dręczącymi ją koszmarami.

Po latach kobieta została wysoko cenionym inspektorem w Londynie i stanęła przed problemem, którego nie sposób było rozwiązać. W mieście w tajemniczych okolicznościach zaczęły ginąć dzieci, a prowadzone śledztwo nie przyniosło żadnych efektów. Pierwsze wskazówki wpłynęły od dziwnego mężczyzny, którym okazał się... zamordowany dwanaście lat temu Jack Winter. Okazuje się, że za zaginięciami stoją istoty żyjące w Czerni, magicznej stronie Londynu. Caldecott musi współpracować z Jackiem, jeśli chce odnaleźć dzieci, ale czy ten układ nie jest pułapką?

Od razu mówię, dawno nie czytałem tak brawurowego połączenia czarnego kryminału z horrorem i powieścią fantasy. Przede wszystkim zaś tak imponująco złożonego świata, który ma sens. Tu nic nie dzieje się przypadkowo, a autorka do samego końca trzyma czytelnika w niepewności z czym właściwie walczy Caldecott i kim jest Jack, oraz czego naprawdę chce od kobiety. Barwna intryga, mroczny i przewrotny świat Czerni potrafią zaskoczyć i kiedy już się wydaje, że wszystko jest jasne, autorka wyciąga kolejną kartę z talii i zabawa zaczyna się od nowa. Przyznam, że początek mnie nie zachwycił. Ot, historyjka jakich wiele, ale kolejne rozdziały, rzucające nowe światło na przedstawiane zdarzenia sprawiły, że mój opór malał, by wreszcie ustąpić miejsca temu cudownemu rodzajowi ciekawości, który krzyczy - „i co dalej?”, względnie - „o co tu chodzi?”. Wszystko zaś za sprawą niezwykłego duetu, który uznaję niniejszym za jeden z najciekawszych z jakimi miałem do tej pory do czynienia. Ona jest stateczną, racjonalnie myślącą, ułożoną i zdeterminowaną kobietą, on cynicznym, złośliwym i nieokrzesanym narkomanem, który obraca się w szemranym towarzystwie. Wraz z biegiem zdarzeń poznajemy coraz więcej faktów o bohaterach i z czasem naprawdę, trudno ich nie polubić. Ona okazuje się być nie tak racjonalna i ułożona, on zaś jest magiem, który narkotykami próbuje zagłuszyć swoje mediumiczne zdolności. I choć od początku współpraca nie jest im na rękę, z czasem uświadamiają sobie, że od niej zależy ich życie. Zresztą, nie tylko ono i nie wszystkie ich pobudki są czysto altruistyczne. To czyni obie postacie bohaterami z krwi i kości, bo żadna z nich nie jest idealna, a ich wzajemne docinki, złośliwości i podstępne zagrania mogłyby posłużyć za osobną recenzję. Naprawdę nie spodziewałem się, że w tego typu lekturze natknę się na tak niesamowity związek, w którym iskrzy od chemii, zażyłości, nienawiści i wzajemnej niechęci, które prowadzą do... Ha, i znów nie mogę zdradzić zbyt wiele, nie chcąc psuć przyjemności z odkrywania kolejnych zagadek i pułapek tej wciągającej intrygi.

Na koniec więc tylko kilka dygresji. Marketing polskiej literatury fantastycznej (w większości) przyzwyczaił mnie do tego, że obiecuje mnie się fascynującą i ambitną lekturę, a dostaję infantylne teksty dla gimnazjalistów znających trzech autorów na krzyż. Oczywiście, jest wiele nazwisk zacnych i godnych miana autorów fantasy, ale większość to miałka papka zalegająca na półkach empiku. Tu pod płaszczykiem fantastyki młodzieżowej dostaję bardzo dobrą powieść, niebanalną i ewidentnie niemłodzieżową, bo z infatylnością można połączyć jedynie okładkę. Jedyne czego się teraz obawiam, to czy kolejne tomy udźwigną zainteresowanie jakim obdarzyłem Jacka i Pete (chyba każdy domyślił się, że to nie jest prawdziwe imię). Mam ogromną nadzieję, że dalej będzie jeszcze lepiej.


Większe recenzje - NEFILIM - Thomas E. Sniegoski

NEFILIM
The Fallen
Thomas E. Sniegoski
wydawnictwo Jaguar
stron 318
ocena: 4/6

Wielokrotnie zaznaczałem, że nie orientuję się we współczesnych serialach i nie nadążam z kolejnymi amerykańskimi produkcjami, szczególnie młodzieżowymi. I jak dotąd zawsze wychodzę na tym bardzo dobrze. Ot, jak choćby w przypadku powieści „Nefilim” Thomasa E. Sniegoskiego, pierwszego tomu tetralogii Upadli. Ponoć jest z tego serial, podobno popularny. Na szczęście dowiedziałem się o tym już po lekturze, co pozwoliło mi bez najmniejszych uprzedzeń zasiąść do książki, która przywraca motyw walk aniołów.

Aaron Corbet to nastolatek jakich wielu. Ma typowe problemy z nauką i dziewczynami. A to musi coś poprawić, a to wstydzi się odezwać. Jego najlepszym przyjacielem jest jego wielki pies Gabriel, a serce poświęca swemu autystycznemu bratu, Steviemu. Chłopak kroczy jednak przez życie z podniesioną głową, szczęśliwy, że po latach tułaczki udało mu się znaleźć szczęśliwy dom w rodzinie zastępczej jaką stworzyli mu para Tom i Lori. Pewnego dnia jednak ze zdziwieniem odkrywa, że rozumie inne języki, nawet takie, które słyszy po raz pierwszy. Jego psychiatra próbuje jakoś to wytłumaczyć, ale staje się bezradny, gdy Aaron zaczyna rozumieć mowę swojego... psa. Cudowny dar okazuje się jednak przekleństwem. Chłopak jest bowiem Nefilimem, dzieckiem anioła i ziemskiej kobiety, ostatnim, który może przywrócić do łask Upadłych, aniołów odrzuconych przed wiekami od Boga. Tego jednak nie chcą świetliste skrzydlate istoty na czele z oszalałym z nienawiści do ludzi Werchielem.

Jeżeli czytając ten opis przypomniała się Wam znakomita „Armia Boga”, trafiliście świetnie, Sniegoski czerpie bowiem garściami z tego wyjątkowego dzieła. Aniołowie jawią się tutaj jako istoty okrutne i bezlitosne, które za nic mają „gadające małpy”, a przy tym konsekwentnie eliminują swych dawnych pobratymców, pozbawionych skrzydeł, lubujących ludzi Upadłych. Zasadnicza różnica polega jednak na odbiorcy i wymowie utworu. Przede wszystkim, „Nefilim” jest skierowany do młodzieży, bo choć nie brak tutaj brutalnych zabójstw i dramatycznych zwrotów akcji, to jednak całość rozgrywa się według klasycznego schematu sieroty, która okazuje się być wybrańcem. Od początku więc wiadomo, że Aaron mimo początkowych niepowodzeń nie da sobie w kaszę dmuchać i stanie do walki z Werechielem. No i nie oszukujmy się. Rozmowy z psem również zawężają nieco target. Chociaż jednak towarzyszyć mu będą inni Upadli i nowo poznani przyjaciele, wynik tego starcia nie jest już tak oczywisty, a przede wszystkim nie jest oczywista cena, jaką będzie musiał zapłacić chłopak za ewentualne zwycięstwo. I to sprawia, że mimo wszystko książkę czyta się z zapartym tchem, a los bohaterów nie jest nam obojętny. Pomijam powiew świeżości, jakim jest uniwersum anielskie, może i nie oryginalne, ale znacznie mniej wyeksploatowane niż przerobione na wszystkie strony wampiry, wilkołaki i zombie. To co najbardziej przypadło mi do gustu, to fakt, że autor nie trzyma kciuków za swojego bohatera, jak to często mają w zwyczaju twórcy tego typu książek. Schemat everymana, który staje się supermanem jest wyraźny, ale to bohater z krwi i kości, który za swoje zwycięstwo musi drogo zapłacić, a smak wygranej okazuje się zaskakująco gorzki. Intrygujący finał i otwarte zakończenie sprawia, że już nabrałem apetytu na kolejny tom cyklu.

Większe recenzje - ZWIADOWCY cz.1 Ruiny Gorlanu - John Falangan

ZWIADOWCY cz.1 RUINY GORLANU
Rangers Apprentice. The Ruins of Gorlan
John Falangan
wydawnictwo Jaguar
stron: 319
ocena: 5/6


Gatunek klasycznej fantasy dopadł mnie dopiero w liceum, choć wcześniej udało mnie się zachwycić „Kronikami Narnii”. Wszystkie Tolkieny, Sapkowskie, Howardy i całe multum gatunkowych mistrzów zachwyciło mnie tak bardzo, że doprowadziło do napisania pracy magisterskiej o typologii gatunkowej. Z pasją i poświęceniem czytałem wszystko co było oznaczone łatką fantasy. Doprowadziło to oczywiście do przesytu, który na kilka lat zblokował mnie do wszystkiego gdzie pojawiały się smoki, elfy i nagie... miecze. Czas jednak leczy rany i stopniowo zacząłem wracać do tej odmiany gatunkowej, próbując jednocześnie nadrobić choć odrobinę zaległości. W ten sposób trafiłem na cykl „Zwiadowcy” Johna Flanagana. Kompletnie nie wzruszony blurbem, za to zaskoczony rozmiarem serii sięgnąłem niepewnie po lekturę. A gdy skończyłem, pomyślałem - „znakomite”.

Historia jest z pozoru banalna. Nastoletni Will, sierota o nieznanym pochodzeniu marzy o karierze rycerza. Jednak jego budowa ciała raczej wyklucza władanie ciężkim mieczem i bieganie zakutym w pancerz. Jest to tym boleśniejsze, że z tego powodu dokucza mu Horace, jego nad wyraz dobrze zbudowany i rozwinięty rówieśnik. Podczas uroczystości, w trakcie której baron przydziela młodzież do nauki konkretnych zawodów, interesuje się nim tajemniczy Halt, przywódca zwiadowców, tajemniczej grupy ludzi, od których zależy bezpieczeństwo królestwa Araluen. Will okazuje się pojętnym uczniem, sprawnie radzącym sobie z kolejnymi wyzwaniami. Już wkrótce będzie miał okazję sprawdzić się w bojowych warunkach, bowiem po władzę będzie próbował sięgnąć Morgarath, dawny władca Gorlanu prowadzący podstępną grę i wykorzystujący do swoich celów legendarne, niezwykłe potwory – kalkary.

Jak to bywa lektura przypomniała mi kilka innych tytułów, na czele z „Uczennicą Maga” Trudi Canavan i „Cieniem Kata” Gene'a Wolfe'a. Mamy tu podobny schemat – nastoletniego bohatera, który poznaje arkana nowego zawodu, jednocześnie wkraczając w dorosłość. „Ruiny Gorlanu” w tej trójce stawiam jednak najwyżej, narażając się tym samym miłośnikom wyżej wymienionych książek. Ale cóż poradzić, że powieść Canavan momentami jest po prostu infantylna, a z kolei klasyk Wolfe'a potrafi przygnieść nad wyraz poważnym nastrojem. W pierwszym tomie „Zwiadowców” John Falangan znalazł złoty środek, który sprawia, że lektura książki idealnie trafia w gusta młodego czytelnika, jednocześnie nie irytując tego bardziej wymagającego. Mamy więc klasyczny podział na dobro i zło, gdzie niesprawiedliwość jest karana, a uczciwość ostatecznie tryumfuje. Niebagatelną rolę odgrywa tutaj szacunek do nauczyciela (w relacji Will – Halt) i rodzącej się przyjaźni (Will i Horace). Ze zdziwieniem odkryłem, że brakowało mi od dawna powieści, w której wzorce do naśladowania byłyby tak jasno i dosadnie określone, bez nadmiernego moralizatorstwa. Przemoc jaka ma tutaj miejsce jest również dostosowana do wieku głównego bohatera. Potyczki z rówieśnikami sprowadzają się do bójek, ale śmierć nie jest tematem tabu, bowiem Morgarath jest bezlitosnym przeciwnikiem, który nie przebiera w środkach. Akcja biegnie więc do przodu w młodzieńczym świecie Willa, a co chwilę przenika do niego bardziej mroczny świat dorosłych. Konfrontacja cnót prawych ludzi z brutalną siłą symbolizowaną zarówno przez wyrostków ze szkoły rycerzy, jak i olbrzymie potwory, stanowi główną oś powieści, której przesłanie jest nad wyraz przejrzyste. Każdy z nas jest wyjątkowy, a to co czyni nas wielkimi, to prawość i odwaga. Szczególnie wyraźne jest to w dramatycznej scenie, w której poznajemy historię prawdziwego ojca Willa.

Koniec końców, jak już napisałem we wstępie, zaskoczyłem się niezwykle ową młodzieżową powieścią fantasy, która w niewiele ponad trzystu stronach zawarła więcej treści, wzorców i akcji, niż niejedna „poważna” książka z gatunku. Polecam zarówno młodzieży dopiero wkraczającej w świat literatury fantastycznej, jak i tym, którzy tęsknią za niewinnością odebraną przez dorosłe życie. Dobrze móc przenieść się do świata, gdzie znów się ma kilkanaście lat.

środa, 10 grudnia 2014

Większe recenzje - RAMMSTEIN DIE BAND - Łukasz Dunaj

RAMMSTEIN DIE BAND
Łukasz Dunaj
Wydawnictwo Kagra
stron 274
5/6

Rammstein to fenomen w skali światowej. Jedyny w historii zespół, który osiągnął tak spektakularny sukces grając muzykę nie dość, że ciężką, to jeszcze toporną i momentami wręcz prymitywną. Do tego śpiewając w ojczystym języku niemieckim i to o wszelkiego rodzaju zboczeniach, dewiacjach, morderstwach, zbrodniach i psychopatach. Kolektyw sześciu ludzi, którzy przez dwadzieścia lat nie spuścili z tonu, choć skandalicznie zwolnili tempo. Grupa, która koncerty przerodziła w ogniste show, a teledyski w mini-filmy z różnych gatunków. Zaskakujące, że przeze tyle lat zespół nie doczekał się biografii. Powód tego stanu próbuje wyjaśnić we wstępie człowiek, który odważył się zmierzyć z tematem – Łukasz Dunaj. Tak, „Rammstein: Die Band” nie jest biografią oficjalną, czy nawet autoryzowaną. Czy warto po nią w takim razie sięgnąć? Spróbuję udzielić na to odpowiedzi poniżej.

Łukasz Dunaj to znany fanom cięższych brzmień dziennikarz muzyczny, którego bogaty dorobek przyćmiło autorstwo „Konkwistadorów Diabła”, czyli oficjalnej biografii Behemoth. Mnie na razie wystarczyła „Spowiedź Heretyka”, a pana Łukasza znam i cenię głównie za artykuły i recenzje z Thrash'em All. Nie oznacza to jednak, że zgadzam się ze wszystkimi głoszonymi przez autora poglądami i opiniami. Mogę więc powiedzieć, że do lektury podszedłem bez nastawień i uprzedzeń. Udało mnie się nawet zapomnieć, że to szef znakomitego NOISE magazine.

Historia opisana w książce może imponować rozmachem, ponieważ rozciąga się od dzieciństwa poszczególnych muzyków, aż do 2014 roku. Największe wrażenie robi tutaj właśnie ten pierwszy rozdział, gdzie alfabetycznie, bez wysuwania nikogo przed szereg, autor opisuje drogę każdego z sześciu muzyków, która doprowadziła do spotkania pod szyldem Rammstein. O ile późniejsze losy grupy fanatykom są powszechnie znane (jeśli od kilkunastu lat śledzą prasę muzyczną związaną z ich ulubionym zespołem), to te pierwsze historie pełne są nieznanych dotąd faktów. Choć i tu nie brak białych plam, których autor uczciwie nawet nie próbuje ukrywać. Bije stąd ogrom pracy poszukiwawczej.

Każdy późniejszy rozdział jest poświęcony kolejnej płycie, od momentu nagrywania materiału, przez jej szczegółowe (i subiektywne) omówienie wraz z tekstami (i kontrowersjami jakie wywołały) po trasę promującą dany album. Nie zabrakło oczywiście kilku historii z życia w trasie, czy pracy w studiu. Nie da się przecież pracować przez dwadzieścia lat tylko w sześciu i nie zwariować. Przyznaję, że jest to mój ulubiony sposób przedstawiania biografii i tutaj należą się autorowi brawa za pieczołowitość z jaką zostały opisane poszczególne wydawnictwa (włącznie ze wszystkimi singlami!) i co ważniejsze koncerty. Konsekwentnie omówiono też każdy teledysk na zasadzie od pomysłu, przez realizację, reakcję i obecną ocenę muzyków, którzy nie wszystkie ze swoich dzieł darzą równą estymą. Dostajemy więc w pigułce wszystko co chcielibyśmy (i jest możliwe) się dowiedzieć o zespole. Grupa bowiem nad wyraz mocno strzeże swojej prywatności, więc zwolennicy plot rodzinnych i ekscesów seksualnych (innych niż te opisane w tekstach) nie znajdą tu pikantnych szczegółów. Dochodzi do tego jeszcze wydanie, jak zwykle w przypadku wydawnictwa Kagra wysokiej jakości - 276 stron w twardej oprawie plus wkładka z kolorowymi, dużymi zdjęciami (szkoda, że nie ma ich więcej) prezentuje się znakomicie.

W każdej potrawie musi być jednak i łyżka dziegciu, a tutaj będą trzy. Niby drobiazgi, ale trzeba się czasem przyczepić, żeby nie było, że recenzja jest na zamówienie. Po pierwsze, w trakcie omówienia utworu „Spiel Mit Mir” autor waha się, czy mowa jest o kazirodczych relacjach dwóch braci, czy brata i siostry. Żeby daleko nie szukać, wyjaśnienie tego problemu padło w wywiadzie, który został zamieszczony w „Teraz Rocku” we wkładce poświęconej Rammstein. Po drugie, dziwi fakt, że autor zrezygnował z opisania szczegółów makabrycznych zdarzeń, które stały się kanwą do utworu „Wiener Blut”, tłumacząc, że było o tym wiele w prasie, podczas gdy historię kanibala z Rotenburga, która zainspirowała muzyków do stworzenia „ Mein Teil” podaje dokładnie z szczegółami. Po trzecie, czyste czepialstwo – tytuł mówi „Die Band”, cały czas autor podkreśla, że to wyjątkowy kolektyw bez lidera, a tymczasem na okładce sam Lindemann. Warum?

Jednak jest to, jak mówiłem, czyste czepialstwo, Łukasz Dunaj wykonał bowiem znakomitą pracę umożliwiając przyjrzeć się dokładniej zjawisku i fenomenowi Rammsteina. Dla słabiej zorientowanych w temacie będzie to niewątpliwie kopalnia informacji. Fanatyczni fani wiele ciekawostek nie znajdą, ale oni i tak muszą mieć tę książkę na półce, prawda? Odpowiadając więc na pytanie postawione na początku – tak, to książka, którą każdy miłośnik zwichrowanej twórczości sekstetu z Niemiec (niedzielny czy ortodoksyjny) powinien przeczytać.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu KAGRA.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Większe recenzje - DOKTOR JEKYLL I PAN HYDE - Robert Louis Stevenson

DOKTOR JEKYLL I PAN HYDE
Strange case of dr Jekyll i mr Hyde
Wydawnictwo Vesper
stron 118
5/6

„Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a” Roberta Louisa Stevensona należy do najbardziej kanonicznych w historii literatury. Nie sposób wymienić odniesień, nawiązań, a przede wszystkim niemożliwym jest zliczenie wszystkich adaptacji filmowych, rozlicznych pastiszy, przeróbek, wariacji, które z jednej strony uczyniły Jekylla i Hyde’a ikonami popkultury (śmiem nawet twierdzić, że największymi, bowiem co rusz przypomina mnie się właśnie kolejna wersja, czy to w zabawnym filmie animowanym, czy romantycznej komedii, czy psychologicznym dramacie). Z drugiej jednak strony, te wszystkie mniej lub bardziej udane przeróbki sprawiły, że dziś już niemal całkiem zatracił się prawdziwy sens utworu Stevensona.

Uznany prawnik, pan Utterson, słyszy o grubiańskim zachowaniu tajemniczego mężczyzny, którego świadkiem był jego znajomy. Informacja ta nie wywarłaby na nim żadnego wrażenia, gdyby nie fakt, że tajemniczy grubianin po skandalicznym zajściu wszedł do mieszkania doktora Jekylla, serdecznego przyjaciela Uttersona. Wkrótce okazuje się, że obaj mężczyźni, obsceniczny, ohydny w wyglądzie i obyciu pan Hyde, oraz uprzejmy, stateczny i szanowany doktor Jekyll są związani mrocznym sekretem, który prawdopodobnie prowadzi do uzyskania drogą szantażu majątku szacownego obywatela. Sprawa staje się jeszcze bardziej dramatyczna, gdy Hyde w brutalny sposób, bez powodu, zabija na ulicy niewinnego człowieka. Utterson stara się rozwikłać tajemnicę, której wyjaśnienie przekracza granice zdrowego rozsądku i nauki.

Oczywiście, nie ma dziś dorosłego czytelnika, ani nawet, śmiem twierdzić, dobrze wykształconego dziecka, które nie wiedziałoby, że Hyde i Jekyll to jedna i ta sama osoba, która za pomocą szalonego eksperymentu nauczyła się wyzwalać z siebie złą, zwierzęcą naturę wyzwoloną ze wszelkich skrupułów i wyrzutów sumienia. Późniejsze wersje i przeróbki zadbały o bardziej demoniczny wizerunek ohydnego Hyde'a, czyniąc z niego olbrzymiego potwora o nadludzkiej sile i rozmiarach. Tymczasem prawdziwa groza kryjąca się oryginale wynika z tego, że człowiek ów jest niskim, bladym mężczyzną, o twarzy kryjącej w sobie jakąś ukrytą skazę, deformację, której nie sposób sprecyzować. Zawiodą się ci, którzy będą szukali spektakularnego horroru. Ucieszą ona tych, którzy lubią eleganckie, intrygujące historie opisane w listach i pamiętnikach, gdzie groza wynika z zaburzenia zastanego porządku, ze zniszczenia ładu, jaki tworzy ludzki rozum. Antynaukowa wymowa utworu jest wciąż aktualna, udowadniając, podobnie jak „Frankenstein” Mary Shelley, że prawdziwe zło tworzą ludzie światli i rozumni próbując przekroczyć granice pojmowania. To co bowiem szczególnie wybrzmiewa w ostatnich fragmentach utworu to samotność i zagubienie jakie stało się rzeczywistością wyzwolonego przez specyfik Hyde'a. Tak jak monstrum doktora Frankensteina próbował odnaleźć szczęście, tak i dzika, wyzwolona natura doktora Jekylla walczy ze światem, bowiem nie potrafi inaczej. Można oczywiście zacząć zagłębiać się w przesłanki chorób psychicznych, wyeksponowany później (i do cna wyeksploatowany) motyw rozdwojenia jaźni, jednak ostateczne odczucia jakie towarzyszyły mi na koniec lektury to gorycz i smutek.

Trudno jest dziś ocenić uczciwie jedną z najbardziej znanych książek autora „Wyspy Skarbów”. Chociaż nie zestarzała się, co więcej, czas dodał jej stylu i klasy, główny motyw został już tak mocno wypaczony przez popkulturę, że nie zaskoczy nikogo. Mimo to, dla wszystkich miłośników grozy i dobrej literatury, jest to pozycja obowiązkowa.

Większe recenzje - GOLEM - Gustav Meyrink

GOLEM
Golem
Gustav Meyrink
Wydawnictwo Vesper
stron: 338
6/6

Po raz kolejny w życiu wyszedł ze mnie ignorant, który wciąż bardzo niewiele wie o jakiejkolwiek literaturze. Przez lata tropiąc arcydzieła literatury światowej i polskiej świadomie ignorowałem „Golema” Gustava Meyrinka. Zafascynowany niegdyś niemieckim ekspresjonizmem, zaczytujący się powieściami gotyckimi i romantycznymi, nie odczuwałem potrzeby zapoznania się z dziełem, które wydawało mnie się nie dość intrygujące. Zaważył na tym fałszywy osąd, mylne skojarzenie z filmem Paula Wegnera pozbawiło moje życie książki naprawdę niezwykłej.

Bohaterem powieści jest mężczyzna w średnim wieku, niejaki Atanazy Pernant, wycinacz kamei, mieszkaniec starej Kamienicy na Kogucim Zaułku w praskim gettcie. Cierpi on na skutek załamania nerwowego, którego doświadczył w młodości, bo chociaż problem zażegnano za sprawą hipnozy, to skutkiem tego mężczyzna utracił wszelkie wspomnienia związane z dzieciństwem. Wiedzie on życie spokojne, choć szare i nudne. Pewnego dnia wszystko zmienia się za sprawą niespodziewanych odwiedzin. Najpierw przybywa do niego tajemnicza postać w staromodnym stroju i niezwykłej fizjonomii przekazując mu tajemniczą „Księgę Ibbur”, która zsyła na bohatera dziwne, straszliwie wizje. Chwilę potem do mieszkania Atanazego wpada naga dziewczyna szukająca pomocy. Zdarzenia zaczynają się zatracać w emocjonującej zagadce i onirycznych motywach przeplatanych kabałą i okultyzmem. Co dzieje się w praskim gettcie? I czy dzieje się naprawdę?

Pluję dziś sobie w brodę, że nie czytałem tej książki przed laty, gdy miałem więcej czasu i energii. Może i wiedzę posiadałem mniejszą, ale miałem więcej sposobności by ją pogłębiać. Dlaczego o tym piszę? Bowiem „Golem” Meyrinka to powieść wybitna, ale i wymagająca od czytelnika nie tylko skupienia, oczytania, ale i wielokrotnej lektury, która pozwoli wyłapać wszystkie niuanse i wątki, pozornie bez znaczenia rozrzucone po całej powieści. Chociaż główną osią utworu jest śledztwo prowadzone przez Atanazego, to kolejne rozdziały potęgują niewiadome, a liczne, barwne postacie, sprawiają, że czytelnik zaczyna się zastanawiać nie tylko nad tym, czego lub kogo szuka protagonista, ale czy rzeczywiście jest tym za kogo sam się uważa? Żydowska mitologia miesza się tutaj z okultyzmem, kabała z oniryzmem, a nad całością unosi się duch historii Narodu Wybranego i osobistych doświadczeń Meyrinka. Atmosfera z każdą chwilą gęstnieje wprowadzając do literatury potężną dawkę grozy, jakiej próżno szukać u większości ówczesnych i wszystkich współczesnych autorów. To horror metafizyczny, symboliczny, osadzony bardzo głęboko w niedopowiedzeniach i misternie budowanym klimacie, bliższym geniuszowi Franza Kafki, niż często nazbyt dosłownemu (aczkolwiek równie genialnemu) Edgarowi Allanowi Poe. Mimo morderstwa, symbolicznego potwora, to znakomita powieść o walce z wyobcowaniem, z zagubieniem w nierozumiejącym pojedynczej jednostki świecie. Symboliczna parafraza przysłowiowego „per aspera ad astra”, gdzie cierpieniem jest własne upodlenie i degeneracja, a gwiazdami najwyższe Oświecenie, zerwanie ciemnych zasłon niewiedzy oddzielających szary świat ponurych ludzi od niezwykłego uniwersum duchowości. Mimo upływu lat, powieść w żaden sposób się nie zestarzała, a jej wymowa i kunszt literacki Meyrinka czynią ją arcydziełem, do którego będę jeszcze wielokrotnie wracał.

Osobną sprawą są znakomite, równie niezwykłe i oniryczne ilustracje Hugo Steinera-Praga, które bogato zdobią owo wydanie. Standardem jest już na szczęście, w tym przypadku, posłowie Macieja Płazy. Po raz kolejny Wydawnictwo Vesper (któremu dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji) pokazuje, że w wydawaniu klasyków grozy nie ma sobie równych na naszym rynku.

wtorek, 11 listopada 2014

Większe recenzje - CEJROWSKI BIOGRAFIA - Grzegorz Brzozowicz

CEJROWSKI BIOGRAFIA
Grzegorz Brzozowicz
Wydawnictwo Zysk i S-ka
stron 256
ocena 4/6

  Grzegorz Brzozowicz podjął się zadania trudnego, musiał bowiem przedstawić życiorys człowieka, który pod koniec XX-go wieku stał się persona non grata wszelkich mediów, by w nowym stuleciu powrócić w pełnej glorii i chwale docierając w zasadzie pod każdą strzechę. W tym i moją, co potwierdza owa recenzja. Według słów z posłowia WC nie chciał przeczytać ostatecznej wersji, ponadto twierdził, że uczyni ona więcej złego niż dobrego, bo nie powinno się pisać książek o ludziach, którzy jeszcze żyją. Na te kilka książek i programów, które widziałem, są to słowa, które rzeczywiście mogły przejść przez usta Gringo. Nie mogę się jednak zgodzić z ich przesłaniem. Nie jest to biografia idealna, ale zdecydowanie przybliża osobę WC.

Brzozowicz pieczołowicie przygotował się do zadania, przedstawił nie tylko losy ojca i dziadków Wojciecha, od których nauczył się przedsiębiorczości i pomysłowości, zbadał korzenie rodziny sięgając czasów XVII wieku. Historia to piękna, jak każda dotycząca minionych wieków, mnie jednak bardziej zachwycił Stefan Cejrowski, człowiek, który był bezgranicznie oddany muzyce jazzowej, przez lata walczył z systemem i wspierał młodych twórców w kraju, wreszcie był odpowiedzialny m.in. za sukces grup No To Co, Skaldowie i Budka Suflera. Tu też zaczyna się historia Wojciecha, który dzięki pasji ojca sam łyknął bakcyla muzyki i z bardzo dobrym skutkiem prowadził zarówno audycje radiowe, jak i telewizyjne o... country. To jest bowiem gatunek muzyczny, który WC umiłował najbardziej, być może, a przede wszystkim ze względu na pochodzenie. Jak bowiem wynika z biografii, większość skandali telewizyjnych, z których słynął w latach 90-tych nie wynikała z jego charakteru, ale ze sposobu, jaki podpatrzył w amerykańskiej telewizji, gdzie gościa zaprasza się po to by go prowokować, drażnić, czasem wręcz niszczyć, nie jak to bywa u nas chwalić i hołubić. Nie mnie osądzać prawa rządzące telewizją jedną czy drugą, mogę jedynie pokajać się, że nie skojarzyłem autora, chociaż jako dzieciak oglądałem z ojcem prawie każde wydanie Non Stop Kolor, które było jednym z niewielu światełek na dobrą muzykę w tamtym czasie. Usprawiedliwieniem niech będzie fakt, że koncentrowałem się raczej na rockowych propozycjach Wojciecha Manna niż na countrowych numerach Cejrowskiego.

Z biografii nader jasno wynika, że WC zawsze walczył o swoje, zawsze miał pomysł na siebie i nigdy nie pozostawał bez planu awaryjnego. Nie sposób nie zachwycić się jego pierwszymi, młodzieńczymi interesami, przyjaźniami, które kwitły przez lata owocując kolejnymi sukcesami. Cudownie jest podpatrywać, jak twórca „Boso przez świat” wspinał się po kolejnych szczeblach kariery, by przez cinkciarza, radiowca, prezentera, satyryka dotrzeć do pisarza i podróżnika, którego uwielbiają dziś nawet ci, którzy przed laty oburzali się widząc go w „WC kwadransie” czy w trakcie procesów z Aleksandrem Kwaśniewskim. Cała biografia przedstawia nam niezwykłego człowieka, który posiada niesamowity dar, że czego się nie tknie, obraca to w złoto, gdzie się nie pojawi, tam coś się dzieje, a on na tym korzysta, wreszcie człowiek ów staje się jednym z najbardziej niedocenionych i pokrzywdzonych wielokrotnie w przeszłości Polaków. Który jednocześnie nic sobie z tego nie robi, bowiem dobrym humorem i intelektem potrafi pokonać każdego i wszystko. I kiedy tak tonąłem w zachwytach w trakcie lektury, nagle złapałem się na tym, że wpadłem w pułapkę. Sprytną pułapkę autora i wydawcy.

Biografia Wojciecha Cejrowskiego rzeczywiście jest idealna. Aż nazbyt. Grzegorz Brzozowicz nie tylko przemilczał wszelkie niewygodne kwestie, skupiając się jedynie na sukcesach swego bohatera, a jeśli już opisał jakieś wydarzenie nieprzyjemne (wspomniana sprawa z Kwaśniewskim), lub tragiczne (ogolenie głowy na łyso przez MO, tortury tajniaków), to tylko po to, by poprzez nie ukazać wyższość i prawość pana Cejrowskiego. Z szacunkiem podchodzę do faktu, że zastrzeżono wszelkie informacje o najbliższych WC (tak, nie szukajcie tutaj żadnych plotek i brudów), ale dlaczego ukryto małżeństwo z Beatą Pawlikowską? Fakty są znane, a i sam Cejrowski wspomina o Blondynce w „Gringo wśród dzikich plemion”, więc niejako tutejsze przemilczenie wpływa niekorzystnie na ogląd całości. W pewnym momencie odniosłem wręcz wrażenie, że Brzozowicz wprost stara się przypodobać WC, w kilku momentach bowiem imituje jego styl, czasem traci kompletnie obiektywizm biografa i w zwykłe opisy wstawia komentarze, które powinny spodobać się Cejrowskiemu.

I tu jest problem, bo widać, że Brzozowicz zna i bardzo lubi, szanuje naczelnego kowboja RP. Stworzył biografię, która pokazuje jak niezwykłym i inspirującym człowiekiem jest WC, a robi to w taki sposób, że w pewnym momencie nie sposób bohatera książki nie podziwiać. Metoda ta jednak sprawia, że otrzymujemy pomnik, bez cienia skazy, lśniący i błyszczący. A ideałów nie ma. Są tylko wzorce. Sięgając po tę książkę, proszę o tym pamiętać.

Większe recenzje - BIEC ALBO UMRZEĆ - Killian Jornet

BIEC ALBO UMRZEĆ
Killian Jornet
Wydawnictwo Sine Qua Non
stron 256
4/6

W dzisiejszych czasach, gdy nie sposób przejść ulicą by nie natknąć się na grupkę biegaczy nie dziwi fakt coraz większej popularności tego sportu. Wszelkiego rodzaju biegi, półmaratony i maratony odbywają się w zasadzie przy każdej nadarzającej się okazji. W moim rodzinnym mieście również nie brak fanatyków tego sportu, którzy obstawiają każdą możliwą imprezę gdzie jest bieżnia, albo chociaż skrawek nawierzchni do biegania. Znam też kilku zapaleńców, z których jeden jeszcze cztery lata temu pasował do opisu „kawał chłopa” i na rozgrzewkę wyciskał 120 kg na ławeczce, a teraz sam waży prawie dwa razy mniej i śmiga razem z innymi z wiatrem na dystansach, tak długich, że mnie się nawet samochodem jeździć by nie chciało. Od nich dowiedziałem się o bieganiu esktremalnym, ultramaratonach, które nie dosyć, że dłuższe niż tradycyjne, to jeszcze po górach. Stąd droga do Killiana Jorneta, mistrza skyrunningu, który wbiegł i zbiegł z Kilimandżaro i ustanowił rekordy świata na ekstremalnych trasach Ultra-Trail du Mont Blanc, Transpirenaica czy wyprawa dookoła jeziora Tahoe. Książka „Biec albo umrzeć” to nie tylko dziennik opisujący te zdarzenia. To historia człowieka, który wbrew przeciwnościom losu zmienił swoje życie, to opowieść sportowca, który samodyscyplinę doprowadził do perfekcji, to dowód biegacza, który wymyka się wszelkim klasyfikacjom.

Zazwyczaj zaczytuję się w biografiach muzyków rockowych, rzadziej aktorów, do opowieści o sportowcach do tej pory nie miałem szczególnego przekonania. Tym bardziej ucieszyłem się, że „Biec albo umrzeć” to nie biografia. Zawiodą się ci, którzy będą szukać życiorysu, dokładnej chronologii, czy konkretnych osiągnięć i wyników. Te na upartego można bez większego problemu odnaleźć w Internecie. Na treść książki składają się luźne opowieści samego Killiana, który dzieli się swoimi spostrzeżeniami, przemyśleniami, emocjami, często fakty spychając na drugi plan, albo zupełnie o nich zapominając. Liczy się na przykład jak pokonał męczący go skurcz, a nie, że przebiegł jeden z najtrudniejszych ultramaratonów w Pirenejach. Nie wiem na ile treść jest dziełem samego biegacza, ale sądząc po filmikach zamieszczanych na serwisie You.Tube, humor i otwartość, oraz swoboda opowieści są u niego naturalne. To też czyni książkę interesującą – mamy możliwość zobaczyć świat oczyma człowieka, który udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że w młodości doznał kontuzji, która teoretycznie powinna wyeliminować go z biegania, a na przekór światu udowodnił, że jest inaczej?

Nie jestem biegaczem i nigdy nie zostanę. Mój ulubiony sport to czytanie i nie zamierzam zmieniać nawyków. Po lekturze „Biec albo umrzeć” nie zapałałem nagle chęcią kupienia sobie sportowego obuwia i biegania z żoną po kilka(naście) kilometrów „dla sportu”. A jednak znalazłem w książce wiele rad i wskazówek, które można odnieść do każdej dziedziny życia. Nie będę więc komentował uwag, które słyszałem (że tłumacz niedokładnie przetłumaczył niektóre sportowe terminy, itp.). Mnie to nie interesuje. Interesuje mnie kolejny człowiek, który zmienił swoje życie uporem, konsekwencją i bezwzględną determinacją. Z uśmiechem na twarzy. Poznajcie Killiana. Może i Wasze życie się dzięki temu odmieni?

Setka - czyli blog klasyczny bez jubileuszu

Setka
22 lutego 2013 roku dokonałem pierwszego wpisu na blogu, który założyłem... wcześniej. Nie pamiętam kiedy, nieistotne. Nie sądziłem, że to wszystko rozwinie się tak ładnie, jak jest teraz. Na blogu znaczy. Bo tak ogólnie, to plagi egipskie sypią się w ostatnich dwóch tygodniach. Nie będę jednak ich omawiał, od początku założyłem, że uzewnętrzniania tutaj nie będzie.
Powinny teraz strzelić korki szampana, konfetti i inne takie. Setny wpis! Ale jaki blog, taki jubileusz, czyli żadnego. Planowałem różne sposoby świętowania, ale najlepszym i najbardziej mnie zadowalającym jest jednak praca. Dlatego dziś sypią się recenzje i jeszcze jakieś na pewno się pojawią. Tak wygląda mój dzień wolny, jutro znów do pracy w szkole i przy książkach.
W kwestii książek – już jest pewne, że w listopadzie BHO III nie będzie. To musi być co najmniej dobre, nawet w swojej klasie, a z tego co mam nie jestem dostatecznie zadowolony. Dlatego premierę przesuwamy na grudzień, a może i przyszły rok. Zobaczymy. Jeszcze nie umieram, więc czasu trochę zostało. Za to w tym tygodniu rozstrzygnie się sprawa zbioru „Horror Klasy B” - i być może to on będzie miał swoją premierę za niecałe trzy tygodnie w Szczecinku? Na razie kwestia Szczecinka i „Horroru...” pozostaje otwarta. Jak większość kwestii. Chyba wpadam w depresyjno-filozoficzny nastrój.
Czas kończyć.


Zwracam jeszcze tylko uwagę na nowy numer Grabarza Polskiego, w którym znalazł się mój króciutki przegląd najbardziej znanych filmów paradokumentalnych.

Tymczasem na tapecie:
Iron Sky” Timo Vuorensola. O Matko! O Tatko! Naziści po wojnie ukrywają się na księżycu, a potem powracają na Ziemię, gdzie ich program zachwyca Amerykanów. Stąd już tylko krok do gwiezdnych wojen, w których nazistowskie spodki kosmiczne stają do walki ze zjednoczonymi siłami ziemian. Przewspaniała komedia dla tych co lubią kino takiego szalonego misz-maszu. Znów przypadkiem zobaczyliśmy to w telewizji i wciągnęliśmy się z małżonką niesamowicie. Już zapowiadają dwójkę – tym razem naziści przyjdą z wnętrza planety wraz z dinozaurami. Cudo! Nie mogę się doczekać.

Coś” John Carpenter. Skoro był remeake/prequel, to trzeba było sobie odświeżyć oryginał. Wersji z lat 50-tych nie liczę. Cóż mogę powiedzieć? Minęło dwadzieścia pięć lat, a film dalej trzyma w napięciu, dalej potrafi przestraszyć, wciąż jest nad wyraz obrzydliwy, a efekty biją na głowę cyfrowe okropności z nowej wersji. Podtrzymuję więc opinię o jednym z najlepszych horrorów wszech czasów.

Tak to się teraz robi” Josh Gordon, Will Speck. Miła komedyjka z Jasonem Batemanem i Jennifer Anniston. On jest permanentnym marudą, malkontentem i hipochondrykiem. Ona szaloną i wyzwoloną kobietą. Przyjaźnią się do czasu gdy ona postanawia zajść w ciążę i w tym celu znajduje dawcę. Pijany Bateman postanawia dokonać podmiany nasienia. Ona wyjeżdża. Gdy wraca po kilku latach z małym chłopcem, zaczyna się zabawa. Film momentami bardzo naiwny, Jennifer starzeje się z godnością, Bateman gra jak umie najlepiej, ale i tak całość kradną Jeff Goldblum i Juliette Lewis w drugoplanowych rolach.

Za garść dolarów” Sergio Leonne. To przez Maćka Lewandowskiego. Wrzucił na fejsie muzykę z „Za garść dolarów więcej”, ale zdjęcie było z jedynki, więc... A że uwielbiamy z żoną trylogię dolara, którą możemy oglądać na okrągło, tak też i poleciał Eastwood broniący honoru swego muła. Ja wiem, że ten film nie jest doskonały, ale uważam go za jeden z najwybitniejszych w gatunku. I nikt mi zdania nie zmieni.

KSIĄŻKI:

Infekcja” Graham Masterton. Kolejna część przygód Harry'ego Erskine'a, który znów staje do walki z indiańskimi demonami, które starają się wymordować Amerykę. Tym razem za pomocą morderczego wirusa. Czyżby to była sprawka Misquamacusa? Znów odniosłem wrażenie, jakby Masti napisał thriller o wirusie, do którego dorzucił starych znajomych. Wyszło jednak lepiej niż w „Armagedonie”. Wybitnie nie jest, ale czyta się przyjemnie.

Bo śmierć to dopiero początek” Sylwia Błach. Debiutancka powieść Sylwii trochę mnie przerażała jeszcze zanim ją przeczytałem. Gotyckie zamiłowania autorki plus wampiryczna treść powodowała, że włosy jeżyły mnie się na karku, bowiem zazwyczaj odrzuca mnie od wszystkiego co nad wyraz "mhroczne". Zachęcony jednak opowiadaniami Sylwii sięgnąłem po lekturę i... Bardzo przyjemnie się zaskoczyłem. Oczywiście, należy przymknąć (jeśli się jest mną) oko na pretensjonalne momentami ujęcia gotyckich niewiast i chłopców (ja wiem, że tacy są i że tak jest, ale to wypieram), są tu pewne niuanse logiczne, do których można (ale absolutnie nie ma potrzeby) się przyczepić. Całość bowiem to dobrze przemyślana, a przede wszystkim, bardzo dobrze napisana powieść, która zaskakuje dojrzałością języka i starannością konstrukcji. Gratuluję Sylwii debiutu, czekam na kolejną powieść, z nadzieją, że będzie jednak mniej gotycka i mniej wampiryczna.

Kronika relacji intymnych” Mariusz Wojteczek. O rany. Tu się dopiero zaskoczyłem. Debiutancki zbiorek Mariusza przynosi historie mroczne i ponure, ale całkowicie odległe od horroru, grozy, czy thrillera nawet. To przesycone smutkiem i erotyzmem obyczajowe dramaty, w których płeć męska toczy bezustanną walkę z płcią zdecydowanie piękniejszą. Nad wszystkim unosi się duch dobrego rocka i bluesa, a całość została opisana językiem tak zaskakująco dojrzałym i przemyślanym, że na moment postanowiłem przestać pisać, głęboko zawstydzony swoimi drugoligowymi i trzecioligowymi horrorkami.

Prócz tego, było jeszcze kilka książek (dwie Cejrowskiego i jedna o bieganiu), ale na dniach pojawią się ich większe recenzje (lub pojawiły, jak Black Sabbath dziś), więc podaruję sobie ich wpisywanie teraz.

Tyle na dziś.
Bez odbioru.

Większe recenzje - BLACK SABBATH: U PIEKIELNYCH BRAM - Mick Wall

BLACK SABBATH – U PIEKIELNYCH BRAM
Mick Wall
Wydawnictwo In Rock
stron 416
5/6

Kontynuując badanie losów największych zespołów w historii rocka i metalu nie sposób nie wspomnieć o Black Sabbath, prekursorach wszystkiego co ciężkie, mroczne i prawdziwie metalowe. Zespół, który dokonał mimowolnie tak wielkiej rewolucji, że dziś nie sposób wyobrazić sobie sceny muzycznej bez ich pierwszych płyt. I właśnie tutaj trafiamy od razu w sedno. Black Sabbath, to przynajmniej dla mnie, zespół tylko z Ozzym w składzie. Wiem, że Dio był lepszym wokalistą, ale albumy z nim nie przemawiają do mnie w ogóle, Ian Gillian okazał się pomyłką, a Tony'ego Martina nie uznawałem w ogóle. Jedynie utwór „Headless Cross” przypadł mi do gustu dzięki upartej promocji teledysku przed laty. Dlatego bardzo obawiałem się lektury tej książki, sądząc, że zostanę przytłoczony informacjami, które zmuszą mnie do zweryfikowania moich poglądów. Jak się okazało, w tym przypadku moje obawy były niepotrzebne. Mick Wall, jeden z najbardziej uznanych dziennikarzy w branży zna Sabbatów jeszcze z lat 70-tych, a jego opinie na temat ich albumów są dalekie od zachwytów, dość powiedzieć, że ceni bardzo wysoko pierwsze pięć, dostrzega potencjał materiałów nagranych z Dio, a resztę stara się wybronić lub usprawiedliwić, czasem zaś wprost stwierdzając, że tego obronić się nie da („Technical Ecstasy”; „Eternal Idol”, „Forbbiden”).

Opinie o muzyce można mieć różne i uwagi autora, choćby tak uznanej klasy, nie wpłyną na to, że ja jednak fragmenty „Technical Ecstasy” lubię, więc kompletnie nie przejmowałem się ocenami poszczególnych albumów. Szok i potężny cios przyszły z innej strony. Czytałem wcześniejsze biografie Sabbatów, oglądałem kilka filmów dokumentalnych, czytałem wreszcie biografię Ozzy'ego. Myślałem więc, że nic mnie nie zaskoczy. Srodze się myliłem, a podtytuł „U piekielnych bram” okazał się prawdziwym ostrzeżeniem, nie tanim chwytem marketingowym. Powiedzenie: „lepiej nie poznawać swoich idoli” nigdy nie było tak zasadne.

Black Sabbath są zespołem brytyjskim, ale próżno u nich szukać elegancji i stonowania typowego choćby dla Pink Floyd. Zespół tworzyło czterech sfrustrowanych chłopaków pochodzących z biednej, robotniczej dzielnicy Birmingham, gdzie życie było tak niewiarygodnie beznadziejne, że czasem jedynym sposobem na wyrwanie się z szarej rzeczywistości była droga przestępcza, na którą zresztą bardzo szybko wkroczył Ozzy. Jedynym, który miał w życiu jakieś perspektywy i w miarę zamożnych rodziców, był Tommy Iommi. To ustawiło całą historię grupy na zawsze. Jeśli dorzucić do tego fakt, że Iommi zrezygnował z grania w Jethro Tull, by kontynuować działalność z kolegami z podwórka, oraz zaznaczyć, że przez całą szkołę podstawową znęcał się nad młodszym Ozzym, stanie się jasne, kto od początku rozdawał karty i jak bezlitosny był w prowadzeniu zespołu do wyznaczonego celu. Sam Osbourne przyznaje, że Iommi pięści zawsze miał ciężkie i często, bez ostrzeżenia puszczał je w ruch. Terror wewnątrz grupy, bezlitosny menadżer Don Adner, który potrafił porwać i torturować swoich przeciwników i kilku przestraszonych chłopaków z kompleksami, których nagle wypchnięto na wielką wodę. Wstrząs tym bardziej silny, że przyprawiony eskalacją posthippisowskiej epoki, gdzie alkohol, wszelkiej maści narkotyki i wolna miłość wciąż były na porządku dziennym. Jeśli jednak przeczytacie o imprezach Led Zeppelin, Deep Purple i Black Sabbath, możecie się naprawdę przerazić, bowiem często muzycy poszczególnych formacji przekraczali wszelkie normy społeczne i moralne rozpędzając się daleko poza wszelką normalność. Nałogi zaś doprowadziły większość ekipy Sabbatów do utraty kontaktu z rzeczywistością, stoczenia się wprost niżej niż uliczni kloszardzi. Bo jak ocenić radość mangamentu, gdy do grupy dołączył Dio, że wreszcie w zespole jest ktoś, kto będzie w stanie udzielać wywiadów i jest gwarancja, że w jego trakcie nie zaśnie lub... nie narobi w spodnie? Jak wytłumaczyć, że na porządku dziennym było "żartobliwe" podpalanie przez Iommiego jednego z muzyków? Podpalanie, które skończyło się w końcu wizytą w szpitalu z bardzo ciężkimi obrażeniami.

„Black Sabbath: U bram piekła” to bardzo szczegółowa i obszerna historia grupy, która zmieniła historię rocka, a później na skutek ekscesów nałogowych i bezmyślnej pogoni za pieniądzem rozdrobniła swą markę na drobne. W tej książce znajdziecie przyczyny tego upadku i mozolną drogę ku odbudowie wizerunku, za którą w większości odpowiedzialna jest Sharon Osbourne, żona Ozzy'ego, która od lat wspiera karierę męża. Mogę tylko ponarzekać, że skoro opisano solową karierę Osbourne'a (skupiając się jednak na jej początkach), to zupełnie zmilczano solowe albumy Iommiego i Butlera. Dziwi to tym bardziej, że historię solową Dio opisano aż do tragicznego, smutnego, ale i wzruszającego końca.

Osobną sprawą są drobne lub większe wpadki redakcyjno-korektorskie, z których najdziwniejszą była wzmianka o nagrywaniu przez Gilliana i Sabbatów „osiemnastego” (!) albumu studyjnego. Są to jednak drobiazgi, które nie wpływają szczególnie na odbiór tej niezwykłej lektury. Niezwykłej, bo chyba nigdy dotąd nie miałem do czynienia z biografią tak szczerą i prawdziwą, w której uśmiech politowania miesza się autentycznym humorem, a niedowierzanie z zażenowaniem i niesmakiem. Mimo wszystko jednak, jest to biografia ciężka i mroczna jak muzyka Black Sabbath. Idealnie nieidealny obraz zespołu.

Na koniec kilka słów o wydaniu. Wydawnictwo „In Rock” od lat dba o czytelnika, jednak tym razem przeszli samych siebie. Kolorowe zdjęcia to już dziś standard, podobnie jak twarda oprawa. Gdy jednak odpakujecie swój egzemplarz z folii, dotknijcie okładki, dotknijcie liter... Nikt mi nie wmówi, że e-booki są lepsze. Ja zaś za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu.


poniedziałek, 10 listopada 2014

Większe recenzje - PRĘDZEJ ŚWINIE ZACZNĄ LATAĆ - Mark Blake

PRĘDZEJ ŚWINIE ZACZNĄ LATAĆ
Pigs Might Fly. The Inside the Story of Pink Floyd
Mark Blake
Wydawnictwo Sine Qua Non
stron: 540
 6/6
Z Pink Floyd jest u mnie podobnie jak z Metallicą. Przeczytałem chyba wszystko, co jest dostępne na rynku i opisuje losy danych formacji* i w zasadzie nie spodziewałem się niczego więcej odnaleźć w „Prędzej świnie zaczną latać”. Sądząc po rozmiarach spodziewałem się wprawdzie drobiazgowości na miarę „O krowach, świniach, robakach oraz wszystkich utworach Pink Floyd” Wiesława Weissa, ale i tak Mark Blake zaskoczył mnie pieczołowitością odtwarzania faktów z życia jednego z najwybitniejszych zespołów rockowych wszech czasów. Resztę zrobiły te fakty. Od dziś, po raz kolejny inaczej patrzę na tę grupę. Nie bez powodu podtytuł książki brzmi: „prawdziwa historia”. Prawda czasem boli. Tak też jest i tym razem.

Pink Floyd to formacja, której niezwykłości opisać nie sposób, chociaż próbowałem to czynić i tutaj na swoim blogu w dziale „Muzyczne Podróże” i to aż trzykrotnie. Przez blisko trzydzieści lat eksplorowali niezbadane rejony muzyki rockowej, od psychodelii po progresję i art-rock. W zasadzie trudno znaleźć w dzisiejszych czasach coś, co choćby przypadkiem nie zostało wymyślone i nagrane przez Gilmoura, Watersa, Wrighta i Masona. Na przestrzeni lat sprzedali ponad 200 000 000 albumów, stając się tym samym jednym z najpopularniejszych zespołów wszech czasów.

Opowieść o Pink Floyd musi rozpocząć się w latach czterdziestych ubiegłego wieku w Wielkiej Brytanii, gdzie na świat przyszli główni bohaterowie tej opowieści. Ludzie nie całkiem pasujący do wizerunku rockmanów, bowiem ułożeni, wykształceni i zadbani, pozornie bez większych problemów. I choć ich drogi krzyżowały się od dzieciństwa niemalże, to jednak minęło sporo czasu, nim panowie zebrali się w piątkę (!) pod jednym szyldem. Wtedy Pink Floyd miał już na koncie debiutancką płytę, niemal w całości stworzoną przez charyzmatycznego i wizjonerskiego Syda Barretta, David Gilmour natomiast miał już liczne doświadczenia muzyczne, powodzenie u kobiet i szczerze zazdrościł sukcesu kolegom. O ile Nick Mason i Richard Wright jedynie dobrze bawili się w zespół, o tyle Roger Waters walczył do upadłego o ocalenie formacji i wyprowadzenie jej na prostą. A wszystko to w rytm psychodelicznych dźwięków i w barwach pląsających świateł. Kwestie narkotyków dyplomatycznie przemilczę. Tym razem.

Przyznaję bez bicia, co zresztą zaznaczałem już wielokrotnie w swoich opiniach o Pink Floyd, że przypisałem się do obozu Gilmour'owskiego, stojąc tym samym w opozycji do megalomańskich i apodyktycznych zachowań Watersa ciągnących się od drugiej połowy lat siedemdziesiątych do finału w sądzie. Ale ta książka sprawiła, że zacząłem w wielu momentach rozumieć frustrację i gniew Rogera, podziwiać jego determinację i współczuć jego niepowodzeniom. Jednocześnie ganić niezdecydowanie Wrighta (które przerodziło się w depresję), swobodę Masona (który przez wzgląd na słabe umiejętności dostosowywał się do decyzji innych), czy nałogi Gilmoura (który, ku memu ogromnemu zdumieniu, okazał się kokainistą niemal do końca zespołu). Mark Blake nie wybiela nikogo. Widać wyraźne jego umiłowanie do zespołu i drobiazgowość, z jaką zbiera fakty (życiorys Syda jest tak szczegółowy, że można z niego wyciąć osobną książkę), ale osąd zostaje pozostawiony czytelnikowi. A skoro ja mogłem sądzić samemu, to się zaskoczyłem, bo wyobraźnię mam bujną.

Najbardziej ujmujący w tej historii jest fakt, że w gruncie rzeczy zespół tworzyli kulturalni, wykształceni Anglicy, którzy w większości przypadków dusili emocje w sobie. Jakże przejmujące są rozdziały, w których trwa praca nad albumami „The Wall” i „The Final Cut”, gdzie zespół w zasadzie już nie istniał, ale mimo to, osoby przebywające wtedy w studio widzieli jedynie wspólnie pracujących muzyków, którzy nie zapominali o obowiązujących uprzejmościach. Dziś z perspektywy czasu i Gilmour i Waters twierdzą, że może pewne rzeczy wyglądałyby inaczej, gdyby wszyscy byli bardziej wylewni i od razu wyjaśniali problemy, a nie swoim zwyczajem próbowali je przeczekać. Te nostalgiczne wyznania pobrzmiewają ponurą nutą, bo od początku książki widać, że autor liczył, mimo wszystko, że Flojdzi jeszcze się zejdą. Od momentu gdy zachwyca się występem na „Live Aid”, aż po występ na cześć Syda Barretta, kiedy to liczono, że znów uda się zebrać wszystkich muzyków na jednej scenie. Los dopisał ostatnie akapity tej historii, choć dziś mamy niezwykłą okazję usłyszeć ostatnie dźwięki Richarda Wrighta, na niespodziewanie wydanej po latach przerwy płycie „Endless River”. Cokolwiek jednak trafiło na tę płytę, to dla mnie historia Pink Floyd zaczyna się wraz z pierwszymi dźwiękami „The Piper At The Gates of Dawn” a kończy z wybrzmiewającymi nutami „High Hopes” z „Division Bell”. I to jest historia idealna, czy raczej powinienem napisać – kompletna, podobnie jak ta opisana w tej, rzeczywiście wyczerpującej biografii. Cieszy mnie również fakt, że polskie posłowie nie zapomniało o takich wydarzeniach jak koncert Gilmoura w Gdańsku, gdzie miałem okazję być i usłyszeć ostatni raz wykonane przez Davida i Richarda „Echoes”. Jest to lektura, którą każdy szanujący się fan Pink Floyd przeczytać musi.






*Odrobinę przekoloryzowałem. Nie czytałem najważniejszej być może książki o Pink Floyd, wspomnień Nicka Masona. Ale zawsze trzeba zostawić sobie coś na później.

Większe recenzje -ŻYĆ ZNACZY UMRZEĆ - Joel McIver

ŻYĆ ZNACZY UMRZEĆ
To Live Is To Die
Joel McIver
Wydawnictwo Sine Qua Non
stron 280
 6/6
 
O Metallice napisano już tak wiele, że wydawać by się mogło, że nie da się z tematu wycisnąć nic więcej. Co nie znaczy, że nikt nie próbuje. Nazwa ekipy Jamesa Hetfielda jest tak elektryzująca, że zawsze się sprzeda, dlatego co chwilę na rynek trafia kolejna biografia, analiza, interpretacja tekstów, czy po prostu album ze zdjęciami przetykany banalnymi komentarzami. Oddany fan może mieć spory problem z odsiewem pozycji wartościowych od nastawionego na zysk chłamu. Dlatego tym bardziej polecam „Żyć znaczy umrzeć” Joela McIvera, które opowiada historię Metalliki w sposób dotąd nie rozpatrywany. Z punktu widzenia Cliffa Burtona.

Każdy porządny fan Metalliki wie, zespół został założony w Los Angeles przez Jamesa Hetfielda i Larsa Ulricha, dwóch młodych, zbuntowanych nastolatków, którzy chcieli grać ostrzej i mocniej, niż wszyscy wokół. Pierwszy skład zasilili Ron McGovney (bas) i Dave Mustaine (gitara). Już wtedy ich kariera rozwijała się błyskawicznie, ale dopiero pojawienie się niezwykłego basisty w dżinsowych dzwonach, który zastąpił Rona sprawiło, że pęd ku sukcesowi stał się faktem, który przerósł wszystkich młodzieńców. Książka Joela McIvera pokazuje jak wielki wpływ na twórczość Metalliki miał Burton, wpływ, którego dotąd wielu nie dostrzegało. O tym, że jako warunek dołączenia do grupy zażądał przeprowadzki do rodzinnego San Francisco, powszechnie wiadomo. Tego, że jako jedyny znał nuty i miał podstawową wiedzę muzyczną, którą dzielił się z kolegami, motywując ich do tworzenia coraz bardziej skomplikowanych i doskonalszych kompozycji, można się bez trudu domyślić. Ale ciekawe, ile osób wie, że przyłączając się do grupy zażądał, by mógł poszaleć sobie od czasu do czasu solowo na basie? Że ostatnia solówka w „Orionie” to nie gitara, a bas właśnie? Że Burton wcześniej tworzył zespół z przyszłymi muzykami Faith No More, albo że sięgnął po instrument, bo obiecał to zmarłemu bratu?

Książka „Żyć znaczy umrzeć” to świadectwo wyjątkowego geniuszu, człowieka, który zapłonął niezwykle jasnym płomieniem, zmieniając historię muzyki i inspirując dziesiątki naśladowców. Nie ma w tym ani krztyny przesady, wystarczy spojrzeć na koniec książki, gdzie peany na cześć Cliffa i jego stylu gry wyrażają muzycy Opeth, Trivium, Venom, Testament, Cannibal Corpse, Morbid Angel, Queens of the Stone Age, Cradle of Filth, Anathemy czy The Berzekera. Burton, biorąc przykład z Geezera Butlera i Lemmy'ego, ale także całych zastępów muzyków jazzowych i klasycznych, uczynił z basu instrument, który w metalu nie odgrywa bezmyślnie sekwencji riffów gitarowych, ale tworzy dla nich swoiste tło wraz otoczeniem, przenika się z nimi i uzupełnia. McIver wykazał się niezwykłą pieczołowitością rozbijając na atomy każdy utwór nagrany przez Metallicę z Burtonem, skupiając się oczywiście na zagrywkach basowych. Czasami są to ozdobniki, wstawki tak niepozorne, ledwie kilkusekundowe, wprost niezauważalne, a jednak uwypuklające całe kompozycje. Czasem giną one w miksie (fragmenty „Phantom Lord”, „Call of Ktulu”), czasem mylnie są brane za gitarę („Orion”, „For Whom The Bell Tolls”), z rzadka tylko błyszcząc w pełnej krasie („Anesthesia – Pulling Teeth”)* I biję się w pierś, że choć zasłuchiwałem się tymi albumami do upadłego, wielu patentów do tej pory nie wychwyciłem. Wirtuozeria Burtona okazuje się nie miała okazji rozwinąć w pełni skrzydeł. Geniusz w katanie i dzwonach. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że McIver sumiennie posługuje się muzyczną terminologią, dba jednak, by nie znudzić czytelnika, który o grze na basie nie ma zielonego pojęcia. Tu wyłania się drugi obraz Cliffa.

Burton był bowiem człowiekiem niezwykle inteligentnym i zrównoważonym, niemal nie przystającym do swojej epoki. Świadczą o tym choćby dzwony, które nosił zawsze, ignorując żarty kolegów, ale też i miłość do książek oraz muzyki klasycznej. Jego karierę śledzimy od początku edukacji, dowiadując się o jego postępach i inspiracjach od pierwszych nauczycieli, przyjaciół, muzyków z pierwszych zespołów. Autor zaskoczył mnie, otwarcie pisząc, gdzie mogę znaleźć w Internecie zapiski koncertów jego licealnego zespołu założonego z Jimem Martinem i Mike'm Brodinem. Zachęcił także do poznania muzyki Traumy (tej amerykańskiej, oczywiście), w której Burton dusił się nim trafił do Metalliki. Tu wyłania się człowiek niezwykle spokojny i nieśmiały, który całkowicie poświęca się swojej pasji, doskonaląc przy tym warsztat i umiejętności. Tu też możemy zobaczyć jak wredne i szczeniackie charaktery cechowały Hetfielda i Ulricha na początku działalności. Dzikie ekscesy alkoholowo-erotyczne, na które Burton patrzył z niechęcią nie są wprawdzie zaskoczeniem dla kogoś, kto śledził losy Metalliki od dawna, ale niektóre z zachowań wspomnianych panów (jak choćby wyrzucenie McGovneya) rzucają nowe światło na muzyków jednego z największych rockowych (obecnie) zespołów świata.

Historia życia legendarnego basisty okazuje się być niezwykłą opowieścią o genialnym muzyku, będącym jednocześnie charyzmatycznym, nad wyraz pozytywnym człowiekiem, który miał wpływ na całe swoje otoczenie, mimo iż z wrodzonej skromności zawsze pozostawał w cieniu. Wszelkie emocje, całą dzikość uwalniał dopiero na scenie trzymając w dłoniach bas i bez opamiętania machając włosami. Niuansów i ciekawostek w tej książce nie brak i zaskoczy ona na pewno i tych, którym wydaje się, że o Metallice wiedzą wszystko. Tragiczny wypadek odcisnął się traumą na całym zespole, szczególnie na Kirku (dlaczego – szokujące wyjaśnienie w książce) i... Jasonie Newsteadzie. Położył jednak kres życia jednego z najbardziej niezwykłych muzyków, jacy kiedykolwiek pojawili się na scenie rockowo-metalowej. Zrodził jednak legendę, do zapoznania z którą gorąco zachęcam.

*Wiem, że ten tytuł powinno się zapisać inaczej, ale uznałem, że w tamtym zdaniu i tak występuje już przesyt nawiasów.



P.s. Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu SQN.