czwartek, 17 grudnia 2015

(133) Blog klasyczny - W jedną, albo w drugą.

Sto trzydzieści trzy.
Czas najwyższy, albo w jedną, albo w drugą.
Cztery miesiące blog leżał odłogiem.
Nie znaczy to, że ja próżnowałem. Bynajmniej. Ostatnie miesiące były dla mnie tak pracowite, że po prostu nie miałem czasu na tak przyziemną kwestię, jak introwertyczny minimalizm, jaki tutaj uprawiałem. Nie, żebym teraz tego czasu miał więcej, ale jak napisałem, czas coś z tym zrobić, bo jeśli będę dłużej zaniedbywał to miejsce, mogę równie dobrze je zamknąć. Więcej szkody narobi puste, niż choćby minimalnie uzupełniane.
Tak więc pokrótce, z nadzieją, że uda się w najbliższym czasie co nieco uaktualnić.


Tak wygląda książka, nad którą pracowałem przez ostatnie parę miesięcy. Paradoksalnie, mój wkład jest tu najmniej widoczny, sprowadził się on bowiem do zebrania, zredagowania i spisania informacji. Na wiele rzeczy zabrakło miejsca, wiele rzeczy niewątpliwie mi umknęło, ale jestem bardzo zadowolony z efektu. Tym bardziej, że ja wykonałem ledwie szkic, opierając się na wcześniejszych monografiach, a ów szkic wypełnili swoją pracą inni nauczyciele. Tym bardziej więc mogę chwalić ową pracę, bo mój minimalny wkład pozwala na obiektywizm.

Co poza tym? Przeprowadziliśmy się. Radośnie i mam nadzieję, ostatecznie. Porzuciliśmy Malbork na rzecz malowniczego Krzyżanowa przy Starym Polu, gdzie powitano nas z otwartymi rękoma. Mamy bliziutko do pracy, a życie na wsi, we własnym domku, pozwala na wiele rzeczy spojrzeć z dystansu.

Wspomniane cztery miesiące upłynęły pod hasłem pracy. Notorycznej, bo o ile nie zajmowałem się sprawami służbowymi, recenzjami literackimi, to każdą wolną chwilę poświęcaliśmy na remont własnego domostwa. Tak, możemy powiedzieć, że wszystko zrobiliśmy własnymi rękoma. Dość powiedzieć, że byłem tak zapracowany, że musiałem odmówić Arturowi Olchowemu spotkania autorskiego w Warszawie z udziałem Stefana Dardy i Pauliny Król. W tym samym czasie odbyło się jednak spotkanie w Starym Polu, na rodzimym gruncie. Bardzo udane.



Nastąpił zaskakujący wysyp nagród, bardzo motywujący mnie do dalszej pracy, bowiem dotychczasowe wysiłki w rozmaitych dziedzinach zostały docenione. Otrzymałem w przeciągu miesiąca Nagrodę Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego za opowiadanie „Per aspera at Inferi” (w które tak wątpiłem... nominację za „Horror klasy B” przemilczę), Nagrodę Dyrektora za ostatni rok pracy zawodowej i wisienkę na torcie – pierwsze miejsce w Powiatowym Przeglądzie Amatorskich Zespołów Teatralnych w Malborku, gdzie prowadzona przeze mnie grupa „Atrapa” wystawiła wyreżyserowaną i napisaną przeze mnie sztukę „Duchy Internetu”. Jestem niezmiernie dumny ze swoich utalentowanych podopiecznych. Sztukę ową udało nam się jeszcze dwukrotnie wystawić w Starym Polu, tak więc spełniłem się trochę w dziedzinie, która na studiach zajmowała mi tyle czasu...

Literacko znacznie się opuściłem. Pomijam mój warsztat i styl, ale sam fakt, że nie miałem po prostu czasu na pisanie. Redagowałem dość dużą książkę, napisałem kilkadziesiąt recenzji, więc wieczory miałem zajęte. Poza tym działał syndrom żarówki – czyli wyszukiwania 50 000 zajęć, by nie siąść do pisania książki. Ostatnio się przemogłem, wracając do źródeł. Napisałem krótkie opowiadanie do trzeciego tomu „Gorefikacji”, zatytułowane „Rycerz Goretham”, które nie jest niczym innym, jak zwariowaną i zbrutalizowaną wersją Batmana. Nie wiem, czy opowiadanie trafi do antologii, ale bawiłem się dobrze. Poza tym niemal ukończyłem (brak mi strony) tekst „Ubój”, który przeznaczyłem do zbioru, jaki tworzę z Tomaszem Siwcem. Wysłałem „Wzór” (zapomniany, najbardziej erotyczny z moich tekstów) do „Krwawnika 2” (gdzie pewnie nie trafi). Zgubiłem opowiadanie „Okruch”, które chciałem dać Krzysztofowi Bilińskiemu do audycji radiowej. Tym samym wyczerpałem swój limit wolnych tekstów, nic w szufladach się nie kryje. Poza „Wolfenweldem”, oczywiście i bajkami, o których kiedyś wspominałem. „Ostatnia wyprawa”, mój pierwszy tekst steam-punkowy, ukazał się w drugim tomie antologii „Wolsung”. Ciekawostka. Najpierw oddałem tam zmodyfikowaną „Ogrodniczkę”, ale uznano, że tekst jest nieco zbyt oryginalny i trochę odbiega od przygodowego systemu RPG, dlatego napisałem szybko wspomnianą „Ostatnią wyprawę”. Na luzie, na bazie prostego pomysłu. Teraz się okazało, że z podobnego pomysłu skorzystał P. Majka w pierwszym tomie, a mój tekst ozdobiono ilustracją do... „Ogrodniczki”. Niemniej, plan by kiedyś powrócić na dłużej do tego świata, choć ostatnio storpedowany, nie został zarzucony. Co jeszcze? Napisane z Robertem Cichowlasem „Zombie.pl” prawdopodobnie ukażą się w lutym. Zbliżam się do końca z „Nienasyconym” - ten z kolei ma wyjść w maju. Liczę po cichu, że uda mi się zakończyć do końca roku poprawki nad „Jotką – Łowcą Smoków” i będę mógł w styczniu zamknąć sprawę trzeciego tomu BHO i swojego ostatniego zbioru opowiadań - „Królestwo Gore”. Plany są, oby chęci i czasu starczyło.

No i muzyka. Tu jest najsłabiej. U mnie. Bo moja żona święci triumfy, odkąd trzy miesiące temu dołączyła do chóru Lutnia. Wiele ich koncertów było znakomitych, ale ostatni, jubileuszowy, to po prostu mistrzostwo. W Wielkim Refektarzu w Muzeum Zamkowym w Malborku, z towarzyszeniem Alchemik Orchestra pod dyrekcją Grzecha Piotrowskiego, z udziałem znamienitych gości... Czekam na DVD z tego wydarzenia. Tu mały fragment nagrany przeze mnie.

 Ja zaś... hm... czasem wezmę gitarę do ręki. Mamy już całkiem pokaźny (i naprawdę świetny) materiał na nową płytę Wilców, pytanie, kiedy uda się to nagrać. Podobnie z Acrybią. Materiał leżakuje już tak długo, że zaczynam tracić do niego serce, a tradycyjnie, chyba jestem jedynym ze składu, któremu na tym zależy. Jak tak dalej pójdzie, nagram sam album grind-corowy. Nie solowy. O solowych też czasem myślę. Ale palce już nie te, umiejętności się uwsteczniły. No i Damage Case... Bardzo brakuje mi tej kapeli, Thomasa i Reggiego, których nie widziałem od czasu koncertu w Bydgoszczy. Życie skomplikowało nam wiele, ale liczę, że gdy Marek powróci z emigracji, uda nam się w końcu nagrać na nowo drugą płytę i ruszyć z jakimiś koncertami. Tylko to trzyma moje długie włosy na głowie. Otrzymałem ostatnio propozycje muzykowania pod innymi szyldami, ale na tę chwilę brak mi na to czasu.

I to tyle na razie. Jak na skrót, to i tak za dużo. Obejrzałem dużo filmów, przeczytałem jeszcze więcej książek, ale klasyczne na tapecie wrzucę stopniowo, innym razem. Teraz wracam do pracy nad recenzjami. Potem, może, książką.

niedziela, 9 sierpnia 2015

(132) Blog klasyczny - Przesilenie

Sto trzydzieści dwa
No i wyszło jak zawsze. Miałem uaktywnić się na blogu, ale najpierw udałem się na zasłużony urlop z rodziną, z którego fotek tutaj zamieszczać wyjątkowo nie będę. Potem były i inne wyjazdy, praca, itp. I zasadnicza kwestia, czy jest sens o czymkolwiek z tego pisać? Po pierwsze czuję się zmęczony, by nie rzec – wypalony. Po drugie, tracę jakoś motywację do wszelkich działań, nazwijmy to z braku laku, artystycznych, z prostej przyczyny – nie jestem z nich zadowolony. Mogę wspomnieć, że napisałem nową książkę (nawet wysłałem do potencjalnego wydawcy), że kolejne czekają na wydanie, że coś tam się dzieje z muzyką (choć nie tyle ile powinno – bo mnie się nie chce). Ale czy to ma jakieś znaczenie, czy to coś znaczy? Nie. Zaczynam cenić sobie święty spokój z rodziną, pracę zawodową i chwile, gdy nie muszę niczego analizować, recenzować, pisać/tworzyć. Może to być chwilowe przesilenie (choć trwa już długo), może to być zmęczenie materiału. Nudzę się przeglądając facebooka, nie znajduję nic interesującego mnie w Sieci. Odmawiam wywiadów, promocji, spotkań, bo nie czuję się osobą, która miałaby coś istotnego do powiedzenia w jakiejkolwiek kwestii. A już szczególnie na temat swoich dokonań. Rzadko odpowiadam na maile i wiadomości. Przepraszam. Kilkakrotnie zabierałem się do zabrania tu głosu na kilka drażniących mnie tematów, ale potem doszedłem do wniosku, że najprostszy sposób na te „problemy” to je zignorować. Unikam więc irytujących mnie ludzi, w zasadzie unikam większości ludzi. I dobrze mi z tym. Czekam na coś, co wyrwie mnie z tego marazmu twórczego, czasem chwytam się nowych pomysłów (na przykład zacząłem nową książkę, która nie tylko nie jest horrorem, ale nie jest nawet beletrystyką), ale robię to raczej z przyzwyczajenia, niż z faktycznej chęci. Odkrywam, że jestem pracoholikiem, ale praca, którą wykonuję musi mieć faktyczny sens. Mam więcej planów związanych z nauczaniem w szkole, niż z jakąkolwiek formą „twórczą”. W tym roku już ukazały się dwie książki i płyta, nad którymi kiedyś ślęczałem, a czuję, jakby nic się nie wydarzyło. Nie mam z tym problemu, tak po prostu jest. Jestem z tym szczęśliwy. I piszę o tym, żeby było jasne, że ten blog żyje, ale zmienia się razem ze mną. A czasem lepiej nic nie pisać, niż pisać takie farmazony jak tutaj.

A na tapecie.

FILMY:
„Matrix” bracia Wachowscy. Obejrzałem ponownie na VHS-ie i być może dlatego muszę przyznać, że film trochę się zestarzał. Poza tym, zaczytując się ostatnio literaturą science-fiction odkrywam zaskakująco wiele zbieżności z klasykami, których wcześniej nie znałem i wpływa to nieco na oryginalność. Niemniej, od drugiej połowy film jakby zaskoczył, a ja znów świetnie się na nim bawiłem. Część efektów nie robi już takiego wrażenia, ale to wciąż kultowe kino, do którego wrócę nie raz. Nie wiem tylko, czy odważę się sięgnąć po kolejne części.

„Furia” David Ayer. Długo zbierałem się do tego filmu, bowiem zwykle mam bardzo duże wymagania co do obrazów historycznych, szczególnie traktujących o drugiej wojnie światowej. No i moje oczekiwania pokryły się z tym co zobaczyłem – amerykańską masówkę, która wstydu nikomu nie przynosi, ale klasyką też nie będzie. Fabuła jest tak sztampowa, że omawiać jej nie ma sensu, ważniejsze jest tutaj ukazanie wojny jako bezlitosnej i brutalnej. Tu rzeczywiście film wybija się ponad hollywoodzką przeciętność. Jest drastycznie, jest realistycznie. Kiedy jednak miałem się zachwycać całością zobaczyłem walki czołgów strzelających kolorowymi pociskami, niczym w gwiezdnych wojnach, a sam film frywolnie popędził do bohaterskiego finału, jaki można było przewidzieć na początku. Muszę to chyba obejrzeć jeszcze raz na spokojnie, bo na razie uczucia mam bardzo mieszane.

„Jupiter Intronizacja” rodzeństwo Wachowscy. Jejku, jaki to piękny film! A jaki gniot przy tym! To zrobili bracia, przepraszam, rodzeństwo Wachowscy? Niby tak – wizualnie jest tutaj porażająco, natężenie efektów specjalnych wręcz przytłacza, ale niektóre z nich już za dwa, trzy lata będą wyglądać przestarzale (jak choćby scena przebijania się przez meteoryty) i co wtedy zostanie? Miałka opowieść o złych cywilizacjach kosmicznych powstrzymanych przez sprzątającą toalety dziewczynę i zakochanego w niej super-komandosa, człowieka-wilka pozbawionego anielskich skrzydeł... Głupie? Tak, ale bez obaw, twórcy wytłumaczyli WSZYSTKO, bo bali się, że ktoś może czegoś nie zrozumieć. Mistrzostwo fatalnych dialogów, kiepskiego scenariusza i równie słabej gry aktorskiej. Mia jest fatalna, Tuum się stara, ale z tymi uszami, nie da się stworzyć poważnej kreacji... Więcej o filmie wkrótce na portalu Rzecz Gustu.

„Zaginiony świat” Brad Silberling. O! To też jest zły film. Bardzo zły i bardzo głupi, ale programowo. Nie lubię i nie oglądam tego typu kina, jednak wczoraj nadali w telewizji, a ja pisząc lubię jak coś mi przygrywa rzucałem kątem oka i pośmiałem się wielokrotnie. Dalej nie lubię Willa Farrella, dalej będę unikał jego filmów, ale to było lepsze niż „Jupiter Intronizacja”.

„360 połączeni” Fernando Meirelles. Ambitne kino o miłości w jej różnych obliczach i formach. Plejada gwiazd i historia, która zatacza krąg przez cały świat. Różni ludzie, w różnych miejscach przeżywają podobne problemy, a ich spotkania prowadzą do poważnych zmian w życiu. Trudno mi oceniać takie filmy. Wstrzymam się wyjątkowo od komentarza.




KSIĄŻKI:
(Przeczytałem ich znacznie więcej, ale wszystkie wylądowały na różnych portalach w formie recenzji. Dlatego tu idą tylko te, których nie recenzowałem nigdzie i czytałem wyłącznie dla siebie. To przypadek, że to tylko Masterton.) 

„Ofiara” Graham Masterton. Thriller polityczny, który mógł zostać rozwinięty w całkiem intrygującą powieść, gdyby Masti nie poskracał pewnych wątków kosztem uwypuklenia tych dla siebie klasycznych. Mamy tu do czynienia ze światowym spiskiem i zimną wojną, którą niektórzy chcą zakończyć w zaskakująco bezlitosny sposób. Byłoby nieźle, gdyby rozbudować wątki polityczne i uniknąć tych horrorowo-erotycznych. Jeszcze lepiej, gdyby napisać kontynuację.

„Władcy przestworzy” Graham Masterton. Saga historyczna. I oto jest dowód, że Masti pisać naprawdę potrafi. Historia trzech braci rozrzuconych po świecie, połączonych wspólną pasją awiacji i związanego z tym interesu. Oczywiście jest tu seks, jest polityka, są wielkie emocje i intrygi, całość zaś wypada naprawdę znakomicie, z wyjątkiem ostatniego zwrotu akcji, który zapowiedziano we wstępie tak nieudolnie, że nie jest on żadną niespodzianką. Niemniej – jest bardzo, bardzo dobrze.

„Zaraza” Graham Masterton. Thriller apokaliptyczny, w którym zmutowany wirus dżumy dziesiątkuje populację Stanów Zjednoczonych. Z tego typu książkami Masti radzi sobie znakomicie, nie inaczej jest w tym przypadku. Solidny, przemyślany thriller, który ma jeden klasyczny mankament. Zakończenie. Albo autor nie miał pomysłu i chciał zakończyć szybko, albo rzeczywiście nie radzi sobie z finałami.

„Powrót wojowników nocy” Graham Masterton. Nie lubię tego cyklu. Za stary na to jestem. Ale jako uparłem się skompletować i przeczytać wszystko co wyszło spod pióra Mastiego, brnę i w tę stronę. Trzeba przyznać, że cykl skręcił ładnie w kierunku bardziej horrorowym i ma wielkie szanse podobać się czytelnikom, ja pozostanę jednak bardziej sceptyczny do młodzieżowych bohaterów w snach walczących z demonami.

„Dziewiąty koszmar” Graham Masterton. No i mam zagwozdkę. Piąty tom cyklu „Wojownicy Nocy” to według mnie najlepsza odsłona serii. Koszmarny cyrk z jego historią to horrorowy Masti w stanie nieskażonym. Jest brutalnie, obrzydliwie, dziwacznie. Szkoda, że z antagonistami mierzą się znów senni bohaterowie, z których najbardziej kuriozalną jest teraz kobieta potrafiąca wywołać pożądanie gotujące krew... No cóż, cały Masti. Została mi jeszcze jedna jego książka do kupienia/przeczytania. Poradniki mnie nie interesują, nie jestem Piotrem Pocztarkiem, który przeczyta nawet stworzony przez Mastiego podręcznik do nicowania na drugą stronę papieru toaletowego. Szacunek dla Waćpana!

GRY:
„Contra” i „Lifeforce”. Klasyki z Pegasusa, które odnalazłem online dzięki Dzikiej Bandzie. Przejście obydwu zajęło mi może dwie godziny, ale przypomniałem sobie, jak to było mieć 12-13 lat. Piękny, nieskażony niczym czas.

I tyle na dziś.
Bez odbioru.

czwartek, 9 lipca 2015

Blog klasyczny (131) - Bez tytułu

Sto trzydzieści jeden.
Czas się uaktywnić na blogu, problem, że czasu i doby na to nie starcza...
O tym, że ostatni rok był wyjątkowo aktywny i pracowity pisać już nie zamierzam. Trułem na ten temat wystarczająco dużo. Teraz czas się brać ostro do następnych zajęć.
Pierwszy etap już za mną. Po półtorej roku oczekiwania debiut Wilców stał się faktem. Płytę wydaną w formie digipacka można nabyć tutaj.
Ruszają też pozostałe formy mojej aktywności muzycznej. Damage Case, niestety, musi po raz drugi zarejestrować materiał na następcę "Oldschool Maniac", bowiem po utarczkach z realizatorem płyty, które trwały blisko rok, doszliśmy do wniosku, że tego co nagraliśmy w zeszłym roku wydawać nie ma sensu. Tak więc już wkrótce ponownie przystępujemy do nagrań. No i Acrybia... Rok temu ruszyliśmy z pracami nad dziesiątym albumem i z wielu powodów musieliśmy to przerwać. Teraz nagrania powędrowały do mistrza masteringu, Krzysztofa "Korsarza" Bilińskiego, więc jest bliżej, niż dalej. W sierpniu dogramy wokale i zobaczymy, może się uda z premierą w tym roku. Także Damage Case "Drunken Devil" w tym roku na pewno, "Królestwo Powietrza" Acrybii bardzo możliwe. A ja już szykuję się do zarejestrowania bębnów dla zupełnie innego projektu...

Kwestie pisarskie też czekają na ruszenie. "Miasteczko" zbiera pochlebne recenzje wśród fanatyków ostrego horroru i zniesmacza wszystkich innych, czyli jest jak miało być. Niemniej ja już kieruję się w nieco inną stronę. Trwają rozmowy nad wydaniem "Zombie.pl", w którym z Robertem znacznie łagodniej podchodzimy do horroru, niewykluczone, że ukażą się też dwie antologie, w których znajdą się jedne z moich ostatnich opowiadań. Ja tymczasem zbieram siły, by wziąć się za kolejną powieść z Robertem i napisać od nowa połowę "BHO III", bo jak zajrzałem do tego po czasie, to mnie się nie spodobało. No i czas w końcu ruszyć cykl bajkowy, ale, jak wspominałem, doba za krótka. Wracam do pisania zaległych recenzji, książkami własnymi zajmę się w przyszłym tygodniu.

A na tapecie:

KSIĄŻKI:

"Terror" Dan Simmons. Absolutnie rewelacyjna powieść opowiadająca prawdziwą historię badaczy, którzy utknęli na tytułowym statku w XIX wieku skuci arktycznym lodem na... trzy lata. Dawno nic mnie tak nie wciągnęło i nie przeraziło. Nie znoszę zimna, boję się głębokości, nic dziwnego, że emocje towarzyszące lekturze były dla mnie niezapomniane. Tak bardzo, że musiałem przeczytać coś lżejszego, a żeby nie skakać po tematach, to rzuciłem się na:

"Wyspa Skarbów" R.L. Stevenson. Arcydzieło literatury młodzieżowej i przygodowej, o którym powiedziano już wszystko, a adaptacji filmowych nie zliczę. Cudowna książka, która nie starzeje się nigdy.

FILMY:

"Najdłuższa podróż" George Tillman Jr. Niedawno pisałem na Dzikiej Bandzie, że warto przeczytać powieść Nicholasa Sparksa, nim Hollywood zniszczy ją swoją adaptacją. Wykrakałem. Ten film sam w sobie nie jest zły. Ot, romantyczna opowieść o dwójce zakochanych, którzy poznają pewnego staruszka, a ten opowiada im historię swojej miłości. Młodzi się uczą na jego błędach, sami dojrzewają, bla, bla, bla. W powieści wszystko miało sens, zazębiało się znakomicie i potrafiło chwycić za serce. W filmie z bohaterki zrobiono naiwną idiotkę, młody kowboj, mimo że grany przez syna Clinta Eastwooda ma w sobie ledwie ćwierć czaru ojca i tylko Alan Alda ratuje produkcję aktorsko. W porównaniu do innych adaptacji ("Pamiętnik", "I wciąż ją kocham") film wypada średnio, w zestawieniu z książką - słabiutko.

"Paul" Greg Mottola. Właśnie się skończył w TV. Niestety, mimo iż oglądałem go drugi raz, tym razem wspólna produkcja Nicka Frosta i Simmona Pegga do mnie nie przemówiła. Po rewelacyjnym hołdzie dla horroru ("Shaun of the Dead") i kina akcji ("Hot Fuzz") panowie postanowili pokłonić się przed kinem s-f. Niby jest śmiesznie, niby jest Sigourney Weaver, ale całość epatuje humorem, który mnie nie przekonuje. Tak samo jak ufoki. Już tak mam.

Tyle na dziś.


P.s. Coroczna statystyka. Obejrzałem w ciągu roku 67 filmów. Prawie sto mniej niż poprzednio. Za to przeczytałem 158 książek. Średnio jedną na dwa dni... Muszę czytać szybciej...

Większe recenzje - DRAŻLIWE TEMATY - Neil Gaiman

Neil Gaiman
DRAŻLIWE TEMATY
wydawnictwo: Mag
ocena: 6/6

Neila Gaimana polecać nikomu nie trzeba, to twórca, który złotymi zgłoskami zapisał się w historii literatury za sprawą takich dzieł jak „Nigdziebądź”, „Chłopaki Anasiego” czy „Amerykańscy Bogowie”. Czy więc jest sens zachwalać jego nowy zbiór opowiadań? Tak, bo to jedna z najlepszych książek, jakie czytałem w ostatnich latach, a przeczytałem ich naprawdę sporo.

„Drażliwe tematy: Krótkie formy i punkty zapalne” to kolekcja krótszych i dłuższych historii zebranych w pięknie wydanym tomie. Klimatyczna okładka autorstwa Dagmary Matuszak, twarda oprawa, prawie czterysta stron rewelacyjnej prozy. Wydawnictwo Mag jak zwykle stanęło na wysokości zadania oddając w ręce czytelników produkt niemal idealny. Na kilka drobnych literówek przymykam oko, ważna jest bowiem treść. Absolutnie niezwykła.

Wszystko zaczyna się od wstępu, w którym autor zdradza powód złożenia takiej właśnie antologii opowiadań, przy okazji zdradzając genezę każdego z utworów. To momenty w książkach, które uświadamiają czytelnikowi, że autor jest również człowiekiem, pozwalają budować specyficzną więź, tym samym zawsze bardzo wysoko je ceniłem. Dokładnie tak jest i w tym momencie, dlatego pozwolę sobie nie zdradzać żadnych zawartych tutaj wątków. Przeczytajcie te czterdzieści stron, a przekonacie się, jak bardzo chcecie wysłuchać opowiadanych przez Gaimana historii.

A te historie? Różnorodne pod względem treści, długości i formy. Mamy tu króciuteńkie opowiadania, rozbudowane fabuły i wiersze. Szczególnie te ostatnie ukazują wyjątkowo magiczny i nostalgiczny świat twórcy „Koraliny”. Na pewno nie wszystkie przemówią do Was w ten sam sposób, ale gwarantuję, że wiele z nich wgniecie Was w fotel, głęboko poruszy, albo tylko (!) zmusi do zastanowienia. Trudno wybierać między przerażającym „Klik-klak Grzechotka”, fantastyką „Godziny Nic”, nostalgicznym „Problemem z Cassandrą”, szaloną „Inwokacją indyferencji”. Jak nie wspomnieć o „Śmierci i miodzie”, hołdzie dla Sherlocka Holmesa, „Śpiącej i wrzeciono” wariacji na temat „Śpiącej królewny” i „Królewny Śnieżki”, albo „Czarnym Psie”, gdzie powraca Baldur „Cień” Moon? A to zaledwie czubek góry lodowej. W każdym tekście Gaiman prezentuje się jako erudyta o fenomenalnym warsztacie, mistrz krótkiej formy i nieograniczonej wyobraźni, perfekcyjnie budujący nastrój i klimat.

Nie będę ukrywał, że zbiór po prostu mnie oczarował. Zawsze byłem zwolennikiem opowiadań, wychodząc z założenia, że horror i fantastyka wywodzą się właśnie z krótkiej formy i tam najlepiej się odnajduje. Przez lata przeczytałem tak wiele rozmaitych antologii i zbiorów, że w pewnym momencie nastąpił całkowity przesyt, a ja zacząłem unikać wszystkiego, co nie było dłuższe niż kilkaset tysięcy znaków. Do „Drażliwych tematów” podszedłem więc z dużą dozą niepewności, ale już sam wstęp sprawił, że poczułem się komfortowo, a im dalej w las, tym bardziej rósł mój zachwyt, a ja znów przypomniałem sobie te czasy, gdy z wypiekami na twarzy zaczytywałem się w tekstach Lovecrafta, Sheridana Le Fanu, Ambrose Bierce czy rodzimych mistrzów pokroju Stefana Grabińskiego i Ludwika Sztyrmera. Autor zapowiedział we wstępie, że opowiadania mają na celu poruszyć czytelnika. I zupełnie subiektywnie, uczciwie, przyznaję, że we mnie poruszyły struny, które zdążyły już zaśniedzieć. Serdecznie mu za to dziękuję.

wtorek, 30 czerwca 2015

Blog klasyczny (130) - Krótki przegląd "Na tapecie"

Sto trzydzieści.

Blog klasyczny. Długo go nie było. Mnie długo nie było. To był bardzo długi i ciężki rok. I bardzo pracowity. Ale teraz powracam i choć zakładam, że nie został nikt, kto chciałby jeszcze czytać co u mnie słychać (skutecznie próbowałem odstraszyć wrzucając ostatnio kilkadziesiąt zaległych i wypożyczonych recenzji), to od jutra startuję dalej. Dziś tylko nadrabiam zaległości w „Na tapecie”. A więc krótko o filmach i książkach, które obejrzałem i przeczytałem w ostatnich kilku tygodniach, a jakimś cudem nigdzie nie zrecenzowałem.
A więc:

Na tapecie:

FILMY:

Mad Max: The Fury Road” George Miller. Specjalnie opisuję ten film na początek, bo jest to pierwszy film, jaki od dawna widziałem w kinie (wreszcie wybraliśmy się z żoną na randkę). Przede wszystkim jest to jednak najlepszy film, jaki widziałem od dobrych paru lat! Czekałem jak opadnie wrzawa na jego temat, jak będę mógł bez nastawienia na niego popatrzeć, ale i tak się bałem, że moje oczekiwania są zbyt duże, szczególnie nakręcone opiniami ludzi, których zdanie szanuję. Bzdura! Nowy Mad Max spełnił je wszystkie! Absolutnie rewelacyjne, gwałtowne, momentami wręcz chore kino postapokaliptyczne, które zostawia za sobą całą konkurencję we wrakach zardzewiałych pojazdów. Ten film nie spodoba się wielu osobom, wiele osób go nie zrozumie. To kino dla tych, którzy dorastali w latach 80/90-tych. Ale kto by się nimi przejmował?! Absolutne mistrzostwo, najlepszy film w tym wieku! Czekam na DVD.

Mad Max” George Miller. No i wyszło szydło z worka. Ktoś pomyśli, że jadę teraz po sentymentach, odświeżyłem przed nową odsłoną... Niestety. W młodości go nie obejrzałem, bo rodzice mi nie pozwolili. Za brutalny. Potem oglądałem tylko horrory. Wreszcie nabawiłem się awersji do Mela Gibsona. I przeżyłem 35 lat nie znając szalonego Maxa. Wiedziałem, że taki istnieje, kocham Fallouta, ale dopiero teraz obejrzałem pierwowzór i... odpadłem! Wspaniały, zimny film pokazujący upadek wartości i świata, western postapokaliptyczny. Nic się nie zestarzał.

Mad Max 2” George Miller. Kontynuacja nadrabiania zaległości. Ten film widziałem niegdyś we fragmentach, ale chciałem wreszcie obejrzeć cały nim udałem się do kina na „The Fury Road”. No cóż, pewne stroje się zestarzały, ale w gruncie rzeczy, to jeszcze lepsza, niewiarygodnie energetyczna wizja zdegenerowanego świata, w którym liczy się tylko brutalność i paliwo. Wizja, której zdawać się mogło nie da się przeskoczyć. Nowy Max jest na szczęście dowodem, że można i to zachowując logikę jak przystało na solidną kontynuację.

Bitwa pod Wiedniem” Renzo Martinelli. Nie używam brzydkich słów na swoim blogu. Z zasady. Więc powiem krótko – ależ to kupa jest. Widać, że ktoś tu chciał zrobić nową wersję 300 (niektóre cyfrowe ujęcia są naprawdę świetne), ale poza tym... Aktorzy, którzy sami nie wiedzą, co tu robią (poza Adamczykiem), bitwa biedna jak potyczka pod stadionem i uproszczenia religijno-fabularne, że aż dziw bierze, że reżyser nie stał nad widzem i nie tłumaczył mu – o, a teraz chodziło mi o to, że... Strata dwóch godzin. Dobrze, że w tym czasie uzupełniałem papierki...

Wojna Z” Marc Forester. Nie interesuje mnie, co myślą o tym filmie inni. Po pierwszych kilku minutach sam przestałem liczyć na adaptację prozy Maxa Broksa. I dałem się porwać widowisku, które choć momentami hollywoodzkie pokazało najbardziej dzikie i wściekłe zombie jakie widziałem. A widziałem już wiele. Pewnie jestem jedynym, który liczy na kontynuację.

Nad Życie” Anna Plutecka - Mesjasz. Ciężko pisać opinię o filmie, który opowiada tak smutną, prawdziwą historię. Gdzie dwoje znakomitych (choć niedocenianych) polskich aktorów stara się wygrać więcej niż dał im scenariusz. Szkoda ubóstwa bijącego niemal z każdego kadru, który upodabnia film do teatru telewizji... Może o to chodziło, o skromność współgrającą z główną bohaterką? Kino samo w sobie piękne, ale jednocześnie pokazujące wszystkie bolączki polskiej kinematografii.

Książki:
Pogubiłem się ile książek w celach recenzenckich przeczytałem w ostatnich czasach. Wiem na pewno, że dla odprężenia, nie dla kolejnego testu zagłębiłem się w lekturę tych oto utworów:

Domofon” Zygmunt Miłoszewski. Bardzo żałuję, że przeczytałem ten horror... teraz. Umknął mi przed laty, a teraz odczuwam, że mocno się zestarzał. To nie tak, że jest zły. To wciąż jeden z najlepszych współczesnych horrorów opowiadających historie nawiedzonego bloku. Ale po pierwsze naczytałem się już Orbitowskich, Małeckich i jednego Ćwieka, którzy ten współczesny horror zrobili lepiej. Po drugie, jakoś każdy większy zwrot akcji udało mi się przewidzieć, a niektóre motywy odnalazłem... we własnej twórczości. Krótko mówiąc- świetna książka, ale przegrała z mymi nad wyraz wygórowanymi oczekiwaniami...
Zupa z pokrzyw” Izabela Chojnacka-Skibicka. Romans, realizm fantastyczny i ogromna dawka regionalizmu, czyli dowód na to, że w moim regionie są autorzy, którzy mogą i chcą pisać. Może pewne rzeczy są tutaj nadmiernie uproszczone, niemniej czyta się to szybko i znakomicie, a dziesiątki czytelników na spotkaniach autorskich dowodzą jasno, że Iza Skibicka jeszcze nieraz nas zaskoczy.

Ciemnia” Graham Masterton. Powrót do cyklu o Jimie Rooku. Tym razem nasz dzielny nauczyciel styka się z duchem związanym ze sztuką fotografii, co sprowadza się do walki z potworem będącym skrzyżowaniem człowieka z aparatem. Klasycznie nowi uczniowie, słynne przemowy Jima i dużo świetnej akcji przeplatanej z horrorem. Przyznaję, że pierwsze tomy nie przekonały mnie od razu, ale im dalej w las, tym bardziej cenię ten cykl Mastertona.

Złodziej dusz” Graham Masterton. No i z tym tomem mam problem. Fabularnie jest znakomity. Wyraźnie Masti naoglądał się azjatyckich horrorów. Mamy więc ucznia z Korei, za sprawą którego pojawia się bardzo niebezpieczny i nieprzyjemny demon, jeden z najlepszych u Mastertona. Niestety, autor kompletnie zapomniał chyba o czym jest jego cykl, bowiem zmienił całkowicie charakter Rooka (który stał się nadętym, obrażającym uczniów bufonem), wprowadził typowe dla siebie sceny seksu (których wcześniej w cyklu na szczęście nie było), a nawet zmienił płeć kota głównego bohatera. Że o pomieszaniu jego wieku nie wspomnę. Tak więc sukces połowiczny.

Ogród zła” Graham Masterton. Ostatni tom cyklu o Rooku. Niestety, Jim pozostał bufonem, a Tibbles kocurem, ale poza tym mamy armagedon pełną gębą w horrorowej wersji biblijnego mitu o Adamie, Ewie i Lilith. Po „Złodzieju dusz” tendencja wzwyżkowa, ciekawe, czy to rzeczywiście świetne zamknięcie serii, czy jednak (jak w przypadku „Manitou”) Masti będzie jeszcze coś próbował na tym ugrać. Wolałbym, żeby nie, tym bardziej, że ostatnio świetnie mu idzie z cyklem o Katie Maquire.

Nigdziebądź” Neil Gaiman. Wiele lat wzbraniałem się przed Gaimanem. Przeczytałem kiedyś „Gwiezdny pył”, potem „Księgę cmentarną”, obejrzałem „Koralinę” i choć wszystko mnie się podobało, nie poczułem zachywtu. Dzięki żonie, która pomogła mojemu synkowi uczcić Dzień Ojca, otrzymałem tę oto książkę, która pochłonęła mnie całkowicie. Choć początkowo miałem skojarzenia z Barkerem, niektórymi Kingami, koniec końców dałem się porwać finałowi i zrozumiałem co i jak. Przepiękna, nostalgiczna powieść. Po przeczytaniu przy okazji „Drażliwych tematów” i właśnie „Nigdziebądź” zaryzykuję stwierdzenie, że chyba mam kolejnego ulubionego autora.

Tyle na dziś.
Bez odbioru.

Większe recenzje - KŁAMCA. PAPIEŻ SZTUK - Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek
KŁAMCA: PAPIEŻ SZTUK
wydawnictwo: SQN
stron: 301
ocena: 5/6

Ciężko pisać o książce autora, którego zwykłem już wielokrotnie chwalić, zarówno na swoim blogu, jak i na innych portalach, gdzie mam przyjemność wyrażać głośno swoje opinie. Ciężko, by nie było mowy o kumoterstwie, gdy obaj udzielamy się dość często w serwisie Dzika Banda. Nic na to nie poradzę, jubileuszowy, szósty w sumie tom Kłamcy, z podtytułem „Papież sztuk” po raz kolejny dowodzi niesamowitego talentu Jakub Ćwieka i znakomicie wpisuje się w standardy jego dotychczasowych dzieł.

Fabuła to jak zwykle jazda bez trzymanki, kwestią gustu pozostaje czy się ją łyknie bez popitki, czy będzie jojczyć, że znów mamy do czynienia z papką popkulturową. Tym razem, obok Lokiego, wspartego oczywiście przez Bachusa i Erosa, pojawia się kolejny (anty)bohater: Marcus Lester. Jest to zwyczajny aktor odgrywający Dezyderiusza Crane'a, główną rolę w serialu „Bóg pośród nas”. Serial cieszy się ogromną popularnością, problem w tym, że został tak naprawdę wymyślony przez Lokiego, który głodny sławy zdradził (w zasadzie dla żartu), wiele boskich sekretów. Jeszcze większy kłopot stanowi fakt, że Lester w pewnym momencie zyskuje boskie moce, równe Lokiemu. Targany kompleksami i frustracjami człowiek-bóg staje się zagrożeniem nie tylko dla świata przedstawionego...

No właśnie. Cała historia, choć niewątpliwie intrygująca i utrzymana w konwencji poprzednich tomów „Kłamcy” jest tak naprawdę tylko pretekstem do wielkiej zabawy, jaką Jakub Ćwiek proponuje czytelnikowi. Już poprzednie części składały się w dużej części z mrugania okiem do czytelnika i odniesieniami do rozmaitych filmów, seriali, komiksów i gier. Tym razem autor idzie jeszcze dalej. Może nie burzy całkowicie czwartej ściany, ale wywala w niej kilka wyrw, przez które czytelnik może pozwolić sobie na więcej niż dotąd. Jak? A co powiecie na wkradającą się nagle w całość grę paragrafową? A kilkustronicowy komiks? Historyjki obrazkowe? Ćwiek bawi się narracją, formą, fabułą popuszczając całkowicie wodze fantazji. Oczywiście, znajdą się osoby utyskujące na taką formę, autor wszak dorobił się równie wielkiego grona fanów, co i antyfanów, ale w tym momencie wystarczy zadać pytanie – po co ci, którzy Kłamcy nie lubią, sięgają po tę książkę? Osobiście najwyżej cenię „Ciemność płonie”, bo tam Ćwiek pokazał, jak wielki tkwi w nim potencjał, jak perfekcyjnie buduje nastrój i klimat. Ale przecież cykl „Kłamcy” to zupełnie inna liga – to jazda bez trzymaki, stworzona tak, by autor mógł się wyszaleć popkulturowo. I tutaj również polecam artykuły pisarza, jego recenzje i felietony. Dopiero wówczas można pojąć pełen obraz cyklu, serii, czy też fenomenu Ćwieka. Bo że jest on fenomenalny, to fakt, czy się komuś podoba czy nie. Są książki, które się pisze w pocie czoła, cedząc każde zdanie, są takie, które piszą się same, niczym rozpędzone z góry auto, z cegłą na pedale gazu i wystawionymi za okno zabłoconymi glanami kierowcy. „Kłamca – Papież sztuk” na pewno należy do tej drugiej kategorii.

Żeby jednak nie było, że kadzę bezprzykładnie, to przyznam, że dwie rzeczy w nowej powieści o „Kłamcy” nie przypadły mi do gustu. Zajawki gry paragrafowej nie dawały wcale takiej swobody, jaką sugerowały. W gruncie rzeczy prowadziły jedynie do punktów, z których i tak trzeba było wrócić. Szkoda. Rozumiem, że nie dało się zrobić alternatywnego zakończenia, ale gdyby nieco rozszerzyć możliwości dotarcia do finału... Druga rzecz, już całkowicie osobista, to Donnie Darko. Nie lubię, nie znoszę, uważam za grubo przechwalony film. Może powinienem obejrzeć jeszcze raz? Spytacie co robi Donnie Darko w Kłamcy? To Wy chyba nic o cyklu nie wiecie...

Krótko mówiąc, Kłamcofilom polecam gorąco, choć w zasadzie nie muszę, bo pewnie już mają książkę na półce. Jubileuszowe wydanie zostało wzbogacone o posłowie autora, w którym wyjaśnia co i jak z tym Lokim i jego popularnością, czyli w zasadzie udziela odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące cyklu. Nie sądzę, żeby było to ostateczne pożegnanie z serią, na pewno jest to piękne ukoronowanie. Tymczasem z niecierpliwością wypatruję kolejnych „Chłopców” i może w końcu skuszę się na „Dreszcza”.

niedziela, 28 czerwca 2015

Większe recenzje - SKONSUMOWANA - David Cronenberg


David Croneberg
SKONSUMOWANA
wydawnictwo: Zysk i S-ka
ocena: 5/6

David Cronenberg to mistrz horroru wenerycznego, twórca filmowy, którego miłośnikom gatunku przedstawiać nie trzeba. Jego arcydzieła pokroju „Dreszczy”, „Wściekłości”, „Muchy”, „Videodromu” czy „Nagiego Lunchu” na stałe zmieniły jeśli nie historię kina, to przynajmniej nieodwołalnie zrujnowały psychikę wielu widzów, do których niżej podpisany należy. I choć zdawać się mogło, że najlepsze lata i dzieła ekscentryczny reżyser z Kanady ma już za sobą, pojawia się w nietypowej dla siebie odsłonie – jako autor książki o jakże wiele mówiącym tytule: „Skonsumowana”. Jeśli oczekujecie, że dostaniecie skondensowanego Cronenberga jakiego kochacie i za którym od lat tęsknicie... to się nie zawiedziecie.
Bohaterami utworu są Nathan Math i Naomi Seberg, para reporterów, których głównym zajęciem jest zdobywanie informacji i zdjęć, które z kolei mogą sprzedać mediom. Oboje są fetyszystami nowych technologii, ze wskazaniem na wszystko co związane z fotografią, oboje mają ogromne apetyty seksualne i dość luźne podejście do związków partnerskich. Sypiają ze sobą, ale spotykają się rzadko, więcej czasu spędzając w oknach komunikatorów internetowych. Pewnego dnia Naomi skupia się na okrutnej zbrodni, jaką rzekomo popełnił znany filozof, Arstide Arosteguy brutalnie mordując, okaleczając, a następnie częściowo zjadając swoją żonę Celestine. Wspierana przez dziwacznego studenta, Herve'a Blomqvista odkrywa coraz bardziej zaskakujące aspekty tej sprawy. Tymczasem Nathan badający sprawę eksperymentalnej i nie całkiem legalnej medycyny zaraża się wyjątkowo obrzydliwą chorobą weneryczną, a jedyny ratunek może mu przynieść jedynie jej odkrywca. Ten zaś stawia zaskakujący warunek. Wkrótce okazuje się, że pozornie odległe sprawy i wątki mają więcej punktów wspólnych niż mogłoby się wydawać...

Zacznijmy od przypomnienia. To Cronenberg. Tutaj nie ma lekko i nie ma taryfy ulgowej. Nie jest to książka dla wszystkich, zrazić się mogą nawet co niektórzy miłośnicy specyficznego stylu autora. To co zawsze odgrywało znaczącą rolę w filmach reżysera, a więc cielesność i erotyka przekraczająca granice, często skrajnie dewiacyjna, tutaj znajduje nowe terytoria. Nie chodzi nawet o to, że autor wynalazł coś nowego, faktem jest tylko to, że dotąd pewne rzeczy przedstawiał w sposób zawoalowany, inne wprost, ale poprzez estetykę gore często zamazywał ich obraz odrobiną groteski. W „Skonsumowanej” tego nie ma. Od początku dostajemy w twarz opisami perwersyjnymi, obrzydliwymi, bohaterami (zarówno pierwszego jak i drugiego planu) są dewianci i zboczeńcy, często jeszcze stosownie zdeformowani, albo po prostu chorzy. W książce nie ma jednak miejsca na groteskę i humor, a wyobraźni nie zostaje wiele. To świat zepsuty, mroczny, wręcz ohydny. Cronenberg zanurza się tutaj po uszy w cielesności, babrając się w jej zgniłych aspektach i toczących społeczeństwo perwersjach. Można je odczytywać dosłownie i wtedy nie zostaje nic innego, jak odłożyć książkę na półkę z wyrazem niesmaku na ustach, można i trzeba wgłębić się w liczne tropy i odwołania (także do własnej twórczości) i dać się porwać jak zawsze specyficznej poetyce okropieństwa, z jakiej słyną „Potomstwo”, „Nagi Lunch”, czy nawet „Nierozłączni”. I gdy już nam się zdaje, że zawędrujemy w jeszcze bardziej pokręcone i chore rejony niż te odnalezione w „Crush”, niczym w „Videodromie” autor puszcza do nas oko i zaczyna odsłaniać spoiwa łączące całość dystansując się do utworu i czytelnika, wreszcie samej historii. Cronenberg się nie zestarzał, dalej kpi z nadętych odbiorców, którzy mogą poczuć się zirytowani nad wyraz drobiazgowymi opisami rozmaitych sprzętów i technologii. Cronenberg kpi ze swoich wielbicieli, rozkręcając chorą wizję świata i budując misterny spisek, który w ostateczności okazuje się... Nie napiszę, ale powiem jedno. To nie jest łatwa, przyjemna książka. To lektura, w której nie ma nawet kogo polubić. Ale jak zwykle w przypadku autora jest to dzieło, o którym się nie zapomni. Najlepsze filmy Cronenberg ma za sobą. Czas na książki.


Recenzja pochodzi z portalu HORROR ONLINE

Większe recenzje - ZNALEZIONE NIE KRADZIONE - Stephen King


Stephen King
ZNALEZIONE NIE KRADZIONE
wydawnictwo: Albatros
ocena: 5/6

Ostatnia książka Stephena Kinga „Pan Mercedes” podzieliła fanów autora „Lśnienia” i „To”. Jedni odnaleźli w niej powiew świeżości i zabawę konwencją kryminału noir, drudzy zawiedli się srodze utartymi schematami i złorzeczyli na przewidywalność i nudę. Sam należałem do tej pierwszej grupy, wychwalając powieść gdzie się dało i ciesząc się jeszcze bardziej, gdy została ona nagrodzona w kategorii najlepszego kryminału. Tym bardziej z wielką niecierpliwością oczekiwałem zapowiadanej kontynuacji „Znalezione nie kradzione”. I może dlatego, poprzez zbyt wielkie oczekiwania, nie znalazłem tu tego co szukałem. Czy to znaczy, że nowa powieść Kinga jest zła? Bynajmniej.
Młody chłopak, Morris Bellamy w 1978 roku napada na farmę, gdzie skryty przed światem żyje wybitny pisarz John Rothstein. Od lat nie wydał żadnej książki, a jego fani z niecierpliwością oczekują kontynuacji trylogii o zbuntowanym Jimmy'm Goldzie. Młodzieniec nie może przede wszystkim wybaczyć autorowi, że zmienił swego bohatera z prowokatora w oportunistę. Zarzuca pisarzowi sprzedanie się, a sprowokowany przez elokwentnego Rothsteina strzela do niego. Morderstwo jest jednak tylko dodatkiem do kradzieży, Bellamy bowiem zabiera z sejfu dwadzieścia tysięcy dolarów i największy skarb – notesy, które zawierają rękopisy niewydanych powieści autora. Nie ma jednak czasu się nimi nacieszyć. Oskarżony o inną zbrodnię trafia do więzienia, uprzednio jednak ukrywa łup. Ponad trzydzieści lat później zakopaną skrzynię odnajduje Peter Saubers, syn jednej z ofiar Pana Mercedesa i znalezione pieniądze postanawia wykorzystać w zaskakujący sposób. Prawdziwym błogosławieństwem okazują się jednak notesy, bowiem chłopak jest wielkim miłośnikiem literatury i powieści o Jimmy'm Goldzie. Tymczasem Bellamy wychodzi na zwolnienie warunkowe... Detektyw Bill Hodges i jego pomocnicy znów mają pełne ręce roboty.

Już pierwszy rzut okiem na fabułę ujawnia wiele kalek, które King powiela w swoim nowym utworze. Fani autora odnajdą nawiązania do „Skazanych na Shawshank”, „Misery”, a nawet „Historii Lisey” i „Serc Atlantydów”. Z jednej strony jest to akcent bardzo miły, z drugiej, pokazuje jasno, że autor jakby sam nie był przekonany do swojego pierwotnego pomysłu i zaczął stosować sprawdzone chwyty, by nie dopuścić do kolejnych podziałów wśród fanów. Elementy thrillera popychają fabułę do przodu według sprawdzonych przez klasyków wzorców i King sprawnie się nimi bawi, przetwarzając je na swoją modłę, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że historia Bellamy i Saubersa została połączona z Hodgesem i Mercedesem na siłę, bo to są właśnie elementy najmniej spójne w całej powieści. Nie oznacza to w żadnym wypadku, że utwór jest zły. Wręcz przeciwnie, jednak wypada on słabo jako kontynuacja cyklu. Mamy tu bowiem do czynienia z Kingiem gawędziarzem, który snuje dość oczywistą historię z klasycznym dla siebie umiłowaniem dla literatury i przeszłości, przez co wypada znacznie bardziej wiarygodnie, niż gdy starał się przedstawić nowoczesnego geeka. Pozwolę sobie wysnuć wniosek, że ci, którzy zawiedli się „Panem Mercedesem” tutaj odnajdą to czego im w poprzedniku brakowało. Dla mnie zabrakło tutaj ikry i drapieżności, bo choć całość ma prawdziwie kryminalne tempo i mocny wydźwięk, to jednak jest napisana zaskakująco zachowawczo, niemal równie klimatycznie, co melancholijny „Joyland”. King nie pisze złych książek. Ale zdarzyło mu się wiele lepszych.

Recenzja pochodzi z portalu HORROR ONLINE

Większe recenzje - KOMPLEKS BOGA - Piotr Rozmus


Piotr Rozmus
KOMPLEKS BOGA
wydawnictwo: Videograf
3,5/6

„Bestia” Piotra Rozmusa ukazała się w zeszłym roku wywołując spore zamieszanie wśród miłośników kryminałów. Na ile było w tym skutecznej promocji autora, na ile odpowiednio ulokowanego merchandisingu regionalnego, nie mnie osądzać. Ważne, że pisarz wziął sobie do serca rozmaite uwagi i zaserwował nam mocny i krwawy thriller „Kompleks Boga”, w którym jasno pokazuje, że marzy mu się miejsce na poletku horrorowym.
Cztery pozornie obce osoby trafiają w ręce psychopaty, który uważa, że spełnia boską misję poprzez okrutne traktowanie i uśmiercenie każdej z nich. Co łączy Krystiana, Ewę, Natalię i Wojtka? Kryminalista, psycholożka, studentka i biznesmen, każde z innego świata, a jednak zostaje porwane i uwięzione w obskurnej piwnicy, gdzie czeka ich prawdziwa droga przez piekło.

Tak, to wszystko już było, w wielu książkach, jeszcze liczniejszych filmach, ale wbrew wszystkiemu nie odbieram tego jako wady utworu. Wszak najbardziej lubimy to co już znamy, więc konwencja przypominając „Siedem” czy „Piłę” przypadła mi do gustu i szczerze zaintrygowała. Tym bardziej, że autor przyłożył się tym razem bardziej do opisów i wykazał się znajomością tematu, prezentując kilka mocnych i krwawych scen. Bez obaw, to nie gore, wciąż mamy tutaj do czynienia z thrillerem, niemniej widać progres względem debiutanckiej powieści i umiejętność tworzenia atmosfery zaszczucia i grozy. Szkoda tylko, że są to momenty, które nie rozwlekają się na cały tekst. W większości przypadków odpowiada za to styl pisarza, który za wszelką cenę stara się obudować każde zdanie jak największą ilością przymiotników, a każdą postać wzbogacić o rys psychologiczny wyjaśniający jednocześnie jej korelacje z przynajmniej połową znajomych. Po co? Barok już był, a czasem mniej znaczy lepiej. Odbija się to na naiwności w kreacji niektórych postaci, podobny wydźwięk mają też niektóre dialogi. Fakt, że teksty głównego antagonisty są sztampowe do bólu przyjmuję jako plus – w końcu to konwencja, ale już tak wierne podążanie tymi schematami zapędza całość w ślepy zaułek. Tytuł wyjaśnia bardzo wiele, konsekwentne powielanie wzorców resztę i gdy nadchodzi finał, zamiast wielkiego zaskoczenia, które wbiłoby mnie w fotel i zostawiło zszokowanego choćby na kwadrans stwierdziłem - „no tak, to było do przewidzenia, a co dalej?”. Powieść kuleje w najważniejszym aspekcie – psychologii, która jest omówiona albo łopatologicznie, albo tak podręcznikowo-naiwnie, że finał nie poruszył mnie w ogóle. Tego wymaga konwencja, tak musiało być.

Nie znaczy to wcale, że „Kompleks Boga” jest książką złą. Jak napisałem, potrafi ona przykuć uwagę, a stopniowe odkrywanie życiorysów poszczególnych postaci i ujawnianie tym samym zagadek z przeszłości, które doprowadziły do obecnego dramatu. Przyjmując konwencję, do której zaprasza nas autor spędzimy miło kilka ekscytujących godzin, bowiem powieść „czyta się sama” i w zasadzie człowiek się dziwi, że tak szybko ujrzał napis koniec w niemal czterystustronicowej powieści. To co jednak najbardziej ujęło mnie w „Kompleksie Boga” to bardzo duży przeskok jakościowy pisarza, który za każdym razem udowadnia, że potrafi lepiej i więcej. To może oznaczać tylko jedno – w przyszłości jeszcze wielokrotnie nas zaskoczy. A jeśli zrezygnuje z kalek, a skupi się na tym co wychodzi mu naprawdę bardzo dobrze – budowaniu atmosfery i opisach, będzie naprawdę wspaniale.

Recenzja pochodzi z portalu HORROR ONLINE

Większe recenzje - KLĄTWA WENDIGO - Rick Yancey


Rick Yancey
KLĄTWA WENDIGO
wydawnictwo: Jaguar
ocena: 5/6

„Badacz potworów”, pierwszy tom cyklu „Monstrumolog” zaskoczył mnie i zachwycił. Rick Yancey wykorzystując schemat znany choćby z Kronik Wardstone zaprezentował brawurowe połączenie klasycznej powieści grozy z powieścią przygodową i brutalnym, krwawym horrorem. Znakomita intryga, sugestywne opisy i zapadające w pamięć sceny sprawiły, że z niecierpliwością wypatrywałem tomu drugiego i rzuciłem się na niego niczym pies na kość. Analogia nieprzypadkowa, bowiem tym razem monstrumolog i jego uczeń trafiają na trop legendarnego Wendigo. Całość zaś znów prezentuje się znakomicie, choć dość odmiennie od poprzednika.

Nad monstrumologią jako nauką zawisły czarne chmury. Oto zapadła decyzja, żeby do bestiariusza potworów zaliczyć stworzenia mityczne, co niewątpliwie wpłynie na utratę prestiżu i dorobku tej dziedziny nauki. Oddany jej całym swoim życiem doktor Pellinore Warthrope nie może na to pozwolić i przygotowuje się sumiennie do wystąpienia na zjeździe monstrumologów. Tymczasem do drzwi jego domu puka tajemnicza kobieta, która ma do niego wielką prośbę. Okazuje się ona być dawną narzeczoną doktora, potrzebującą pomocy w odnalezieniu męża. Jej luby, również badacz potworów, wyruszył do Kanady, by tropić Wendigo. Potwora, który według nauki nie istnieje. Doktor Warthrope jest rozdarty między uczuciem do dawnej miłości, a pasją i życiową misją. Wykonanie prośby kobiety oznacza bowiem, że przyzna rację swoim oponentom i wyruszy na poszukiwanie mitycznego stworzenia... W niezwykłej wyprawie towarzyszy mu oczywiście nieodłączny Will Henry, jego uczeń i narrator opowieści.


Zmiany widać już w konstrukcji fabuły, która tym razem skupia się bardziej na relacjach między postaciami, ich przeszłością i związanymi z tym zażyłościami. Pozwala to lepiej poznać doktora Warthrope'a, który staje się coraz bardziej skomplikowaną i niezwykłą postacią, zdecydowanie wyróżniającą się na tle podobnych mu bohaterów w innych książkach. Zmiany dotknęły również Willa, stał się bardziej samodzielny, wielokrotnie ma odwagę przeciwstawić się swemu mistrzowi, a z ich dysput wypływają często intrygujące wnioski, ba, nawet znakomite podsumowanie całej powieści. Do tego czasu jednak bohaterowie będą musieli przeżyć dramatyczne przygody w dzikiej Kanadzie i stanąć przed konsekwencjami podjętych decyzji. A te znów okazują się groźnie i niebezpieczne, jednak w odróżnieniu od „Badacza potworów” znacznie mniej makabryczne. Nie znaczy to, że tym razem Yancey unika rozlewu krwi czy drastycznych opisów. Jest ich po prostu zdecydowanie mniej, o ile poprzednik był brutalnym i trzymającym za gardło horrorem, to „Klątwa Wendigo” skupia się na klimacie, emocjach i starannie budowanych relacjach między bohaterami. Grozy tu nie brak, nie brak też humoru przebijającego przez liczne dialogi, czy wreszcie radosnego puszczania oka do czytelnika, gdy wśród postaci przewijają się osobistości pokroju Brama Stokera. Autorowi niewątpliwie należy się pochwała za kreatywne podejście do tematu, rozbudowanie uniwersum i skierowanie serii na inne, nieco lżejsze tory. Niewątpliwie owa odsłona przypadnie do gustu większej ilości czytelników, bowiem skrojona jest pod głównonurtowe zagadnienia (miłość, wampiry, wilkołaki, indiańskie wierzenia), nie sposób jednak odmówić jej oryginalnego potraktowania oklepanych schematów. Mnie jednak bardziej odpowiadał ciężki klimat poprzednika, który tutaj powraca dopiero w finale. Ten zaś nie może pozostawić obojętnym. Podobnie zresztą oba tomy „Monstrumologa”. To cykl, który nie zawiedzie nikogo, kto ceni dobrą literaturę. 

Recenzja pochodzi z portalu HORROR ONLINE

Większe recenzje - NALEŻYSZ DO MNIE - Karen Rose

Karen Rose
NALEŻYSZ DO MNIE
wydawnictwo: Albatros
ocena: 4/6

Karen Rose jest znaną i uznaną autorką kryminałów, której kolejne książki zdążyły już podbić serca polskich czytelników. Osobiście do tej pory nie zostałem fanem autorki i nie sądzę, żeby „Należysz do mnie” miało to zmienić, choć muszę przyznać, że to bardzo dobry i trzymający w napięciu utwór.

Akcja rozpoczyna się w Baltimore, od znalezienia brutalnie okaleczonych zwłok mężczyzny. Odnajduje je Lucy Trask, lekarka sądowa. Jak się wkrótce okazuje, nie był to przypadek, a w okolicy seria bestialskich tortur i zabójstw dopiero ma się rozpocząć. Sprawą zajmują się policjanci – detektyw J.D. Fitzpatrick i jego partnerka Stevie Mazzetti. Oboje w przeszłości stracili bliskich i połączeni ciężkimi przeżyciami stanowią dobraną parę oddanych przyjaciół. Dochodzenie w sprawie kolejnych zabójstw prowadzi ich do miasteczka Anderson Ferry, gdzie przed laty wydarzył się wielki dramat. Jak się okazuje, tutaj również dorastała Lucy Trask. Fitzpatrick nie wierzy w przypadki, niestety, w międzyczasie udało mu się uwikłać w płomienny i niebezpieczny romans z lekarką. Równolegle do przedstawionych zdarzeń prywatny detektyw Clay Maynard prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia swojej partnerki i jej ostatniego klienta – Evana Reardona. Jak można się domyślić, prędzej czy później wszystkie wątki zbiegną się w jednym, dramatycznym punkcie.

Powieść została napisana ze stosownym nerwem i znajomością tematu, jak i zasad konwencji, tak więc pod tym względem nie mam autorce absolutnie nic do zarzucenia. To rasowy i mocny thriller kryminalny, z pełnokrwistymi, wyrazistymi postaciami, które nawet jak wdają się w romans, to nie są romantyczne, tylko zaborcze i stęsknione za czułością w tym bezlitosnym, okrutnym świecie. Akcja biegnie do przodu bardzo szybko, sprawnie odsłaniając kolejne karty zbrodni z przeszłości, która doprowadziła do obecnej eskalacji przemocy i okrucieństwa. Niestety, w zasadzie od początku jest znana osoba głównego zabójcy i jego motywacja, co psuje trochę element suspensu i pozbawia utwór największego atutu, jakim byłoby wyjaśnienie tragedii w Anderson Ferry. Oczywiście, tego typu zabiegi są znane z wielu innych utworów (żeby daleko nie szukać – „Czerwony Smok” Harrisa czy „Pan Mercedes” Kinga), ale tam zostaje dużo więcej do rozwiązania, podczas gdy w „Należysz do mnie” nie da się nawet przez moment zwątpić po czyjej stronie jest sympatia autorki, tym samym od razu wiadomo, kto zwycięży. Pytanie tylko jak i co w międzyczasie odkryje.

Nie brak tu zwrotów akcji i kilku niespodzianek, dlatego nie sądzę, żeby miłośnicy takiej literatury poczuli się zawiedzeni. Również wspomniany wątek romansu głównych bohaterów bardzo dobrze wkomponowuje się w całość historii, uwypuklając kilka jej aspektów. Pozwala to też świetnie poznać bohaterów, co jest istotne bo postacie te powrócą jeszcze w innych odsłonach śledztw z Baltimore. Jest to zabieg nie tylko ciekawy, ale i przykuwający uwagę, nie będę nawet ukrywał, że bardzo polubiłem Fitzparticka. Na pewno więc będę wypatrywał kolejnych powieści Karen Rose, ale zajmą one stosowne miejsce w kolejce oczekujących do przeczytania.

Recenzja z e-magazynu GRABARZ POLSKI

Większe recenzje - DOPÓKI NIE ZGASNĄ GWIAZDY - Piotr Patykiewicz

Piotr Patykiewicz
DOPÓKI NIE ZGASNĄ GWIAZDY
wydawnictwo: Sine Qua Non
ocena: 6/6

Wszędzie dziś wyłazi post apo. Jak nie zombie, to wirusy, czasem mróz, albo najlepiej wszystko naraz. Przyznaję się również do popełnienia kilku dłuższych i krótszych form w tym temacie związanych. Najważniejsze jest jednak to, że w większości przypadków działa mordercza reklama, która z tekstów średnich, bądź przeciętnych czyni bestsellery. Powiem jednak jedno. Po przeczytaniu kilku(nastu) powieści z tego nurtu, stwierdzam z pełną odpowiedzialnością. Oto właśnie pojawiła się najlepsza. Polska! Gdzie? W Sine Qua Non.

Odpowiedzialnym za owo zamieszanie jest Piotr Patykiewicz, szerzej nieznany autor, który postanowił wsadzić kij w mrowisko i zaprezentować utwór, o którym będzie się mówiło jeszcze przez kilka następnych lat (oczywiście, o ile pisarz nie popełni z kolei straszliwego gniota, zrzucającego na niego zasłonę zapomnienia). Z tym nieznaniem odrobinę przesadzam, w końcu w dorobku autora znajdziemy kilka interesujących powieści fantasy na czele z „Odmieńcem”, wydanymi w SuperNovie, ale tutaj autor wywraca wszystko do góry nogami, czyniąc literaturę postapokaliptyczną realną jak nigdy dotąd. Niby mamy świat po zagładzie, ale nie ma tu zombie znanych z „The Walking Dead”, „Feed” czy „Szczurów Wrocławia”, nie ma wirusów, Mad Maxa i klimatów Fallouta, jest wprawdzie przerażający mróz, który może przypomnieć niektórym wydaną niedawno „Pandemię”, ale powieść Patykiewicza ma to, czego rosyjski utwór nie miał.

Piotr Patykiewicz stworzył oryginalną wizję świata po zagładzie cywilizacji. Akcja rozpoczyna się w górach, gdzie lata temu skryli się ostatni ocaleni po wielkim kataklizmie, który skuł lodem i śniegiem cały glob. Niedobitki ludzkości walczą o przetrwanie, ale czy ich walka ma szansę na powodzenie? Poznajemy ich zasady życiowe, a przede wszystkim nowatorską mitologię, w której znalazło się miejsce dla atawistycznego Lucyfera i wielu innych niebezpieczeństw, które poznamy stopniowo wraz z głównym bohaterem, nastoletnim Kacprem, który zostaje zmuszony do opuszczenia swojej rodzinnej osady.

Z jednej strony, można ponarzekać, że po tak pięknie stworzonym początku powieści autor skusił się, by wysłać bohatera na kanoniczną wyprawę, a z drugiej… No właśnie. „Dopóki nie zgasną gwiazdy” to powieść pełna zaskoczeń i oryginalnych rozwiązań, a autor nie podaje nam oczywistych odpowiedzi. Gdy już zdaje nam się, że znamy zasady rządzące nowym światem, kastami we wsi i jaką rolę ma odegrać bohater, ten wyrusza w drogę, by odkryć, że nie wszystko jest takie oczywiste, a potem znów i znów, aż nadejdzie finał, który pozostawia różne możliwości interpretacyjne. Tym samym z wyświechtanego motywu drogi Patykiewicz wydobył to, o czym wielu autorów przez lata zapomniało – ona musi zmieniać, nie tylko bohatera, ale i świat. Oczywiście autor nie zapomniał o przygodzie – akcji tu nie brak, Kacper musi stawać do konfrontacji używając zarówno mięśni jak i umysłu, ale wszędzie przewija się niebanalna filozofia i intrygujące przesłanie, sprawiając, że z równym zaangażowaniem będą książkę czytać (ale odczytywać na innych płaszczyznach) i czytelnicy wytrawni, jak i ci, którzy dopiero zaczynają przygodę z fantastyką.
Znakomita, oryginalna i dająca powieść science-fiction w klimatach post-apo, która ma szansę stać się klasykiem.


Recenzja z e-magazynu GRABARZ POLSKI

Większe recenzje - KRONIKI AMBERU 1 - Roger Zelazny

Roger Zelazny
KRONIKI AMBERU tom 1
wydawnictwo: Zysk i S-ka
ocena: 6/6

Nie sposób przecenić wkładu Rogera Zelaznego w rozwój światowej literatury fantastycznej bo i nie sposób mówić o niej nie wspominając o jednym z najbardziej niezwykłych cykli fantasy jakim są „Kroniki Amberu”. Ponownie dzięki wydawnictwu Zysk i S-ka miłośnicy nie muszą szukać pojedynczych tomów po antykwariatach. W 2010 roku ukazało się zbiorcze, dwutomowe wydanie „Omnibus” zawierające wszystkie tomy serii, teraz w ręce czytelników trafia pierwszy tom nowego, eleganckiego wydania, które pomieściło wszystkie części tak zwanych Pierwszych Kronik Amberu. Jest to niepowtarzalna okazja dla tych, którzy cyklu nie znają, ale i dla bibliofilii, chcących postawić sobie na półce znakomicie prezentujący się, unikalny egzemplarz stanowiący kanon literatury fantasy.
Tym, co wyróżnia serię z całego tłumu naśladowców Tolkiena jest nieograniczona wyobraźnia i zadufany w sobie główny bohater, Corwin. Poznajemy go, gdy budzi się ze śpiączki wywołanej na skutek tragicznego wypadku. Nie pamięta swojej przeszłości, nie zna swojego imienia, ma jedynie przeczucie, że klinika, w której się znalazł nie jest bezpiecznym miejscem i że musi się stąd jak najszybciej wydostać. Imponując siłą, sprytem i arogancją wydostaje się na zewnątrz i rozpoczyna poszukiwanie swojej tożsamości. I tu, w miejscu, gdzie Ludlum lata później rozwinie „Tożsamość Bourne’a”, Zelazny rozpoczyna jedną z najbardziej niezwykłych przygód, jakie czekają czytelników w świecie literatury. Corwin jest bowiem jednym z dziewięciu książąt Amberu, magicznej krainy, która jest centrum prawdziwego świata, a wszystkie inne, w tym Ziemia, są jedynie Cieniami, alternatywnymi wersjami rzeczywistości. Corwin, jako książę, ma zdolność przechodzenia pomiędzy światami, podróżowania w przestrzeni, ponadto cechują go nadnaturalne zdolności, między innymi ogromna siła i umiejętność regeneracji. Wszystkie one będą niezbędne, bowiem dziewięciu braci toczy ze sobą odwieczną walkę o panowanie nad Amberem. Jeśli dodać do tego jeszcze pozbawione prawa do sukcesji siostry, pojawiają się nieograniczone możliwości intryg, sojuszów i zdrad.
I tym też są „Kroniki Amberu”. Z jednej strony mamy nadludzkiego osiłka, który szturmem zdobywa kobiety, bezlitośnie eliminuje wrogów i bez zmrużenia oka posyła na śmierć tysiące żołnierzy zdobytych w Cieniach innych światów, z drugiej intrygi i zwroty akcji, których nie sposób przewidzieć do samego końca pierwszego tomu. A to dopiero początek, bo kolejne tomy przynoszą nowe zagrożenia, przeciwników i tajemnice. Wszystko zaś zostało przedstawione w sposób bardzo spójny i przemyślany, nawet przez moment nie da się odczuć, że w którymś momencie autora poniosło, albo pogubił się w stworzonych przez siebie światach i realiach. Niebagatelna jest również sama postać Corwina. Narracja jest prowadzona w pierwszej osobie, tak więc poznajemy aż nadto dobrze charakter głównego bohatera, włącznie z jego wadami i niskimi pobudkami. I o ile w pierwszym tomie patrzyłem na ten zabieg z przymrużeniem oka, to z czasem zrozumiałem zamiar Zelaznego. Corwin nie jest typową postacią z kart fantasy, wszystkie doświadczenia wpływają na jego światopogląd i z czasem czynią go osobą jakże inną niż ten gbur, jakiego poznajemy na początku. Zabieg ten jeszcze bardziej wzmacnia wydźwięk całego cyklu, kiedy wszystkie karty zostają odsłonięte, a wszystkie, pozornie nic nie znaczące wątki trafiają na swoje miejsce i rzucają nowe światło na przedstawione zdarzenia. Naprawdę, trudno o bardziej epicką i przemyślną fantasy.
Pierwszy raz zetknąłem się z „Kronikami Amberu” szesnaście lat temu i przyznaję, że powracałem do nich z obawą, że ideały młodości nie wytrzymały próby czasu. Zupełnie niepotrzebnie. Amber okazuje się nieśmiertelny. Wrócę tam jeszcze nie raz.
 
Recenzja z e-magazynu GRABARZ POLSKI


Większe recenzje - PINK FLOYD: O KROWACH, ŚWINIACH... - Wiesław Weiss

Wiesław Weiss
O KROWACH, ŚWINIACH, MAŁPACH...
wydawnictwo: In Rock
ocena: 6/6

Chwilowy powrót Pink Floyd to idealna okazja do ponownego przyjrzenia się fenomenowi tej znakomitej grupy. Bardzo pomocna będzie w tym wznowiona książka Wiesława Weissa o przydługim, ale konkretnym tytule „O krowach, świniach, małpach, robakach oraz wszystkich utworach Pink Floyd i Rogera Watersa.

Nikt się nie spodziewał, że po prawie dwudziestu latach usłyszymy kolejny album sygnowany nazwą Pink Floyd. Nie sądzę, żeby nawet David Gilmour i Nick Mason byli pewni, że takie dzieło powstanie. Jakkolwiek udaną płytą nie byłoby „Endless River”, to jednak kropka, którą postawili w 1994 roku albumem „Division Bell” i kończącym go wybitnym „High Hopes” było dla mnie zakończeniem idealnym, teraz niepotrzebnie przerwanym, rozbudzającym nadzieje, ale i burzącym perfekcyjną klamrę jaką tekst wspomnianego utworu spinał całość kariery tej znakomitej formacji. Na „Endless River” nautyskuję jeszcze później, ważne w tej chwili jest to, że nowy album okazał się idealną okazją do wznowienia książki Wiesława Weissa „O  krowach, świniach, robakach oraz wszystkich utworach Pink Floyd”. Wprawne oko wypatrzy, że w tytule pojawiły się tym razem jeszcze i małpy. Nietrudno domyślić się, że wydawnictwo In Rock postanowiło połączyć wspomnianą książkę z podobnym opracowaniem, w którym szczegółowo została omówiona twórczość Rogera Watersa. Można stwierdzić, że w ten sposób powstało absolutnie wyjątkowe kompendium dla miłośników Pink Floyd, ale byłoby to nieprawdą, bo w takim razie gdzie solowe dokonania Gilmoura, Wrighta i Masona? Można by stwierdzić, że to łatwy skok na kasę, ale ten osąd również byłby nietrafiony, bowiem wznowione wydanie okazuje się być lepsze od poprzednich. Niemal pod każdym względem.

Najpierw więc krótko, dla tych którzy nie znają owego tytułu, z czym właściwie mamy do czynienia? Poniekąd z nietypową biografią, bowiem autor w krótkim rysie historycznym przedstawia powody powstania każdej z płyt zespołu, nie omijając również tych najmniej znanych, niezaliczanych do oficjalnej dyskografii (jak „The Early Singels” i muzyka z „The Committee”). Gwóźdź programu stanowi jednak dogłębne i bardzo szczegółowe przeanalizowanie każdego z utworów jakie grupa nagrała na przestrzeni lat. Wiesław Weiss bada źródła inspiracji, analizuje teksty i struktury muzyczne, interpretuje i wyłuszcza ukryty często sens. Pozwala to docenić nawet te mniej znaczące utwory, a i na te najbardziej znane spojrzeć z innej perspektywy. Niektórym kompozycjom poświęcono kilka akapitów, ale niektóre omówienia rozrosły się do małych esejów. Nie dziwi, że reprezentantami tych drugich są albumy Watersa, który wyraźnie przedkłada przekaz słowny i literacki nad muzyczny, tworząc swoiste rock opery. Dowodem na to niech będzie ukoronowanie jego twórczości i opera „Ca Ira”. Tak czy inaczej, każdy fan Pink Floyd znajdzie tutaj wszystko co chciałby wiedzieć o każdym utworze Pink Floyd i Watersa, a zaręczam, że czasem dużo, dużo więcej.
Istotne czym różni się obecne wydanie od poprzednich. Przede wszystkim połączeniem dwóch książek, co w zestawieniu z ceną samo w sobie staje się bardzo atrakcyjną ofertą. Dochodzi do tego jeszcze stylowa okładka i bardzo poręczny format. Poprzednie, albumowe wydanie „O krowach…” prezentuje się wspaniale na półce, jednak czytanie w miejscach innych niż fotel nastręczało dużych problemów. Dochodziły do tego jeszcze kolorowe tła i malutka czcionka, które razem potrafiły dać wycisk oczom. Obecne wydanie nie przysparza najmniejszych kłopotów i całość czyta się nie tylko z zainteresowaniem, ale i wygodnie. Można ponarzekać, że tracą niektóre reprodukcje okładek i zdjęć, bowiem tutaj zostały one pozbawione koloru, jest to jednak niuans, ponad którym nietrudno przejść do porządku dziennego. Osobiście brakuje mi tylko zawartych w poprzedniku opinii fanów o poszczególnych utworach, oraz listy coverów dokonanych przez inne zespoły. Rozumiem jednak, że chodziło tutaj o miejsce w książce, a ta została naprawdę wypchana po brzegi. Autor uaktualnił bowiem całość, dorzucając wspomnianą „Ca Irę” Watersa, oraz jego późniejsze utwory solowe, a przede wszystkim wynalezione w otchłani czasu „The Committee” do filmu i oczywiście „Endless River”. I właśnie z omówienia tej ostatniej płyty wyłania się obraz albumu może i dobrego, ale wyraźnie skrojonego, ułożonego przez innych pod kątem wpasowania się w ramy Pink Floyd. Niby wyszło z tego coś odwołującego się do znakomitej przeszłości, ale na ile w tym prawdziwej swobody, a na ile zimnej kalkulacji nie sposób odgadnąć. Czasem po prostu nie warto się nadmiernie zastanawiać. Warto natomiast sięgnąć po „O robakach, świniach, owcach…” by w pełni docenić fenomen Pink Floyd i Rogera Watersa. Nawet jeśli dysponujecie poprzednim wydaniem. Oba też pięknie wyglądają na półce. Sprawdziłem.

Recenzja z portalu DZIKA BANDA.

Większe recenzje - PINK FLOYD: MOJE WSPOMNIENIA - Nick Mason

Nick Mason
PINK FLOYD: MOJE WSPOMNIENIA
wydawnictwo: In Rock
ocena: 6/6

Biorąc pod uwagę jak szczegółowych biografii doczekał się zespół (by wspomnieć choćby o „Prędzej świnie zaczną latać”), wszelkiego rodzaju omówień, filmów i dokumentów, można pomyśleć, że w zasadzie trudno o książkę, która mogłaby rzucić nowe światło na jakikolwiek aspekt istnienia grupy. A okazuje się, że jest to światło bardzo radosne, chciałoby się rzec – „różowe” jak na jednym z wcześniejszych zdjęć zespołu, gdzie muzycy siedzieli owinięci różową właśnie płachtą materiału. Światłem tym emanuje niesamowicie pogodny i wesoły perkusista, Nick Mason, który postanowił zebrać swoje wspomnienia z całego okresu swojej bytności w zespole i podzielić się nimi z czytelnikami. Widać tu rękę Philipa Dodda, który ugładził nieco (znany choćby z wywiadów) rozbuchany entuzjazm muzyka i zamknął go w składnych zdaniach i akapitach, ale przebija z nich to, co Masona wyróżniało spośród wszystkich flojdów – poczucie humoru.

Książka została napisana w roku 2004, później dorzucono jeszcze interesujący fragment o jednorazowym zjednoczeniu z okazji Live 8 i można tylko żałować, że autor nie pokusił się o suplement związany z pracą nad „Endless River” (a może nad tym pracuje?), bowiem jako jedyny muzyk grający od początku do końca we wszystkich składach ma najpełniejszy obraz całości. Można oczywiście utyskiwać, że to przy tym wszystkim miał najmniejszy wkład w muzykę, ale z drugiej strony zapewniało mu to najlepszą pozycję do obserwacji jak rodził się i… konał ten znamienity zespół. A słuszne zastrzeżenia przekładają się na to, że w czasie, gdy bardziej uzdolnieni koledzy kontynuowali swoje muzyczne kariery nagrywając płyty solowe, Mason skupił się na tym co najbardziej lubi – samochodach i opowieściach. Te drugie snuje jak prawdziwy gawędziarz, zdradzając mało znane fakty, czasem koloryzując, ubarwiając, ale zawsze z humorem i swadą, nigdy nikogo nie obrażając, nawet o najtrudniejszych momentach pisząc łagodnie, lub po prostu po dżentelmeńsku milcząc. Nie unika jednak anegdot, rozwijając choćby te o rajdach motorowerem po restauracjach jakie urządzał sobie swego czasu David Gilmour, czy opowiadając o tym jak przy nagrywaniu „Once of Theese Days” musieli korzystać ze starych strun basowych, bo techniczny wysłany po nowy komplet zaginął w butiku u swojej dziewczyny, co odkryto, bowiem wrócił po paru godzinach… w nowych spodniach. O historiach, jakie wyczyniano na plaży San Tropez, czy też o licznych inkarnacjach zespołu jeszcze w czasach studenckich można opowiadać długo, Mason wspomina każdego, kto choćby raz przewinął się przez scenę, każdemu uprzejmie słodząc, pamiętając nawet, jakiego sprzętu używał dany delikwent.

Nie brak opowieści muzycznych, gdzie pojawiają się wspomnienia dotyczące komponowania i realizacji danych albumów. Znamienne, że najwięcej miejsca Mason poświęca „Dark Side of the Moon”, a o niektórych wydawnictwach (z muzyką filmową) milczy, choć z drugiej strony pamięta wydanie każdej składanki sygnowanej nazwą Pink Floyd. Ciekawe też, że w wielu momentach pamięć go jednak zawodzi, do czego z gracją się przyznaje i korzysta wtedy z drukowanych w prasie opisów i relacji. Może to być traktowane jako minus (wszak było to już w innych biografiach), ale dla mnie jest tylko dowodem grzeczności i szczerości autora, który w finale przyznaje uczciwie, że może nie wszystko było tak jak tutaj opisał, ale on to właśnie tak zapamiętał i tak przedstawia. Przyjmuję jego punkt widzenia.

P.s. Osobną kwestią jest jak zwykle w przypadku In Rock wydanie. Multum interesujących zdjęć, twarda okładka (zaskakująco świetnie uzupełniająca się z tą od książki Weissa), czyli jak zwykle, rewelacyjnie.

Recenzja z portalu DZIKA BANDA.

Większe recenzje - CZARNOKSIĘŻNIK Z KRAINY OZ - Lyman Frank Baum

Lyman Frank Baum
CZARNOKSIĘŻNIK Z KRAINY OZ
wydawnictwo: Vesper
ocena: 6/6

Lyman Frank Baum stworzył wiele książeczek dla dzieci, w tym popularne na Zachodzie, a u nas niemal zupełnie nieznane opowieści o mamie Gąsce, tacie Gąsce, czy życiu i przygodach Świętego Mikołaja. Największą sławę, rozgłos i nieśmiertelność zapewniła mu jednak prosta opowieść o Dorotce, którą tornado przerzuciło do tajemniczej krainy Oz. I choć autor napisał jeszcze trzynaście (!) kontynuacji, a od pierwszego wydania minęło sto piętnaście lat, to ta pierwsza, pozornie błaha, w istocie wielowarstwowa, historia pozostaje niezmiennie przepiękną opowieścią, bez której na pewno nie byłoby Harry’ego Pottera, a kto wie, czy i nie Kronik Narnii. Rzadko który utwór dla dzieci może się z nią równać.

Streszczać fabuły nie ma sensu, bowiem choć to możliwe, nie sądzę, żeby zaglądali tu ludzie, dla których sztuka czytania jest osiągnięciem szczytowym, tym samym nie sądzę, by trzeba było opowiadać jak Dorotka gdzie trafiła i co tym pojawieniem się uczyniła. Poniekąd utworzyła kanon, który potem naśladowali wszyscy twórcy fantasy, zmuszając bohatera fantastycznego świata do wielkiej wyprawy, której oficjalnym celem było zdobycie czegoś lub pokonanie kogoś, a celem ukrytym poznanie samego siebie, ujawnienie słabości i mocy drużyny, która bohaterowi towarzyszyła, ale przede wszystkim wystawienie na próbę jego samego, bowiem zawsze w finale ów bohater zostaje sam. I tak też jest w przepięknym „Czarnoksiężniku z Krainy Oz”.

Dorotka musi przebyć aż cztery wyprawy, które zmienią i ją, i jej towarzyszy, a przede wszystkim na zawsze odmienią świat każdego dziecka i dorosłego, który zapozna się z tą historią. Po raz pierwszy Dorotka chce trafić do tytułowego Czarnoksiężnika, by odnaleźć drogę powrotną do domu, tymczasem poznaje swych nowych niezwykłych przyjaciół: Stracha na Wróble, Blaszanego Drwala i Tchórzliwego Lwa. Druga wyprawa to spełnienie rozkazu Czarnoksiężnika, polegającego na zabiciu Złej Czarownicy ze Wschodu. Trzecia wyprawa to poszukiwanie Dobrej Czarownicy z Południa. Wreszcie ostatnia, najważniejsza z wypraw, to ta, którą Dorotka odbywa wewnątrz siebie,  gdy poznaje swój charakter, akceptuje swoje ograniczenia i wady, odkrywając jednocześnie swoje możliwości i zalety. Przede wszystkim jednak odkrywa moc przyjaźni i znaczenie wsparcia, jakie otrzymuje się od bliskich, ale też i odpowiedzialności, która się z tym wiąże. Takie wyprawy odbywać będą potem Harry Potter przez peron 9 i 3/4, by odkryć swoje przeznaczenie i prawdziwy charakter, takie przeżyją dzieci, które trafią do Narnii, czy to przez Szafę, czy Obraz. Trud wyprawy pozna zarówno Biblo i Frodo w utworach Tolkiena, jak i bohaterowie cykli Brandona Mulla. Ale to „Czarnoksiężnik z Krainy Oz” uświadamia jak żadna inna książka, że to czego często szukamy jest tak naprawdę bardzo blisko nas, na wyciągnięcie ręki, tylko nie potrafimy tego dostrzec czy docenić. Tak jak Strach poszukujący rozumu, zawsze najrozsądniejszy w ekipie, Drwal bez serca, który ujmuje wrażliwością czy Tchórzliwy Lew, stający w obronie najbliższych. Wreszcie sama Dorotka, która od początku ma przy sobie zaczarowane pantofelki, mogące ją przenieść do domu, ale bez tego nie poznałaby ani przyjaciół, ani nie nauczyła się tak wiele o sobie i życiu. Książka uczy też, że nikt nie jest doskonały, jak Czarnoksiężnik, który okazuje się być starym, wystraszonym iluzjonistą. Nie doskonałość czyni nas jednak wyjątkowymi, ale umiejętność radzenia sobie z własnymi wadami.
Jest wiele książek, które człowiek powinien w życiu przeczytać. Zadbajcie o to, żeby jedną z pierwszych jakie pozna Wasze dziecko był „Czarnoksiężnik z Krainy Oz”.

Recenzja z portalu DZIKA BANDA.